temperatura °C
brak danych
Sołectwo Czernin



TERESA KOZA
Do Czernina przybyłam w roku 1950. Wcześniej mieszkałam w Żurominie. Mąż pochodził spod Krakowa, był księgowym i magazynierem w Państwowym Gospodarstwie Rolnym Czernin. Wiem, że przed wojną właścicielami majątku była rodzina Donimirskich. Obok dworu były cztery domy, zachowały się do dnia dzisiejszego. Zapamiętałam, że zawsze było dużo błota, drogi były polne, tak że suchą nogą nie można było przejść. W dworze mieściło się biuro gospodarstwa i mieszkało 5 rodzin. Istniała w Czerninie trzyklasowa szkoła podstawowa, uczyła w niej pani Olechowska, pełniąca równocześnie funkcję kierownika szkoły.
Lata pięćdziesiąte to czasy były bardzo ciężkie. Do Sztumu jeździły jedynie dwa autobusy dziennie. Po zakupy do miasta szło się piechotą.
W Czerninie mieszkam do dnia dzisiejszego, od kilkunastu lat jestem na emeryturze, przed pójściem na zasłużony odpoczynek pracowałam w zakładowej stołówce Kombinatu Czernin. Stołowali się w niej pracownicy, wydawano obiady dla 300 osób z Kombinatu, ale również zabierano posiłki w tzw. „trojakach” do domu.
W parku czernińskim znajduje się kaplica grobowa Donimirskich. Znajdowały się tam trzy trumny małe i jedna duża. W latach siedemdziesiątych kaplica została zdewastowana, trumny zostały ziszczone, kości zmarłych zostały rozrzucone po krypcie. Dopiero jak zaczęto budować kościół, zebrano wszystkie szczątki, jakie się jeszcze znajdowały i złożone w jedną trumienkę i wmurowano pod posadzką kościoła.
STEFANIA GRZEGORZEWSKA
W Czerninie zamieszkałam z mężem i dziećmi w 1971 roku. Gdy pracę rozpoczęła stołówka i restauracja Jonatan zatrudniona zostałam jako kucharka. Pierwszym kierownikiem był pan Kuczewski, po nim Kisiel i Jasiński. W Jonatanie organizowano różne imprezy, zabawy taneczne, najbardziej utkwiło mi w pamięci „święto jabłoni”, ponieważ przy Kombinacie był duży zakład sadowniczy. Specjalnością zakładu stała przygotowywana „gruszka w czekoladzie”. Obecnie znalazła się jako produkt regionalny.
Moją mamę w łapance zatrzymali Niemcy i mieli wywieźć na roboty do Niemiec, ale jak dowiedzieli się, że ma 7 dzieci zwolnili. W 1945 roku miałam 14 lat i trzeba było podjąć jakąś pracę, aby zapewnić rodzeństwu środki do życia.
WŁADYSŁAWA RESZCZYŃSKA
Ja i mąż pochodzimy z Czerska. W październiku 1946 roku osiedliliśmy się w Sztumie przy ulicy Wodnej. Warunki życia były bardzo ciężkie, mieliśmy jeden pokój i palenisko w kuchni. Teściowie mieszkali z nami, byli już emerytami. Urodziłam tam dwoje dzieci, pisaliśmy podania o przydział większego mieszkania, ale pięć razy była odmowa, a inni dostawali. W końcu napisaliśmy list do gazety w Gdańsku o trudnych warunkach. Interwencja gazety pomogła.
Dostaliśmy zezwolenie na zamieszkanie w Czerninie na ulicy Pieniężnego 1/949. Po paru dniach od ukazania się interwencyjnego artykułu, rano w cztery konie na drabiniastym wozie z całym dobytkiem dotarliśmy do nowego miejsca zamieszkania. Warunki życia w Czerninie były dobre, mieliśmy działkę rolna na ziemniaki, ogródek.
Dzieci od najmłodszych lat były bardzo pracowite, pomagały w pracach domowych. Gdy podrosły, mogłam podjąć pracę w aptece w Sztumie, gdzie kierownikiem był Telesfor Nowak, było to w roku 1964. Po 13 latach przeszłam na rentę w roku 1978.
IRENA BŁAŻEJEWSKA
Zanim przeprowadziłam się z mężem do Czernina w roku 1971, pracowaliśmy w Zakładzie Rolnym Myszkowo. Dwa lata po przybyciu rozpoczęłam pracę w Zakładowym Domu Kultury jako animator kultury. Dom Kultury znajdował się w budynku, który miał iść do remontu. Obok była szkoła podstawowa i przedszkole. W starym budynku szkolnym nasze dziecko chodziło do przedszkola. W nim znalazł się Zakład Usług Socjalnych, przedszkole, Dom Kultury. Razem z panem Eugeniuszem Rykowskim organizowałam Dom Kultury. Świetlica i kawiarnia znajdowała się na parterze. Były oddzielne pomieszczenia na modelarnię, czytelnię, salę muzyczną, brydżową, ciemnię i magazyn na instrumenty muzyczne.
Kierownikiem została Marlena Szramka, ja podjęłam pracę jako bufetowa w kawiarni. Dom Kultury organizował występy artystyczne. Z okazji świąt państwowych pisałam scenariusze, również na okolicznościowe imprezy, które przygotowywałam z młodzieżą. Gdy po dwóch latach Marlena Szramka zrezygnowała z kierowania Domem Kultury, objęłam kierownictwo tej placówki.
Kombinat Rolny w Czerninie zaczął się rozrastać. Powstawały nowe budynki mieszkalne dla młodych pracowników Fermy Tuczu. Pojawiła się konieczność zagospodarowania wolnego czasu młodym ludziom. Dyrektor Kombinatu Jan Grzywacz dbał o rozwój kultury. W każdym Zakładzie Rolnym działały świetlice, ja zajmowałam się koordynacją ich pracy. W świetlicach odbywały się szkolenia pracowników, różne imprezy typu Dzień Kobiet, Dzień Działacza Kultury, pogadanki na różne tematy.
W województwie elbląskim zajmowaliśmy drugie miejsce w tego typu placówkach, a wśród placówek wiejskich byliśmy najlepszą. Działalność Domu Kultury została doceniona w postaci przyznania nam nagrody Ministerstwa Kultury i Sztuki i 4 maja 1982 roku medalu „Zasłużony Działacz Kultury”. Organizowaliśmy wystawy plastyczne, modelarskie. Wystąpiłam z inicjatywą, aby założyć na bazie zespołów dziecięcych, w których młodzież dorastała, zespołu Powiślanie. Jego kierownikiem została Albina Krzyśpiak. Zespół miał próby w sali Kombinatu. Dom Kultury tymczasem przeniesiono do budynku, gdzie przed wojną mieszkała rodzina Wandy i Witolda Donimirskich. Kierownikiem Zakładu Rolnego w Czerninie był w roku 1971 Andrzej Kosałko, po nim Jan Nowicki. Tu też umieszczona została biblioteka, prowadziła ją moja córka Beata.
Zespół Powiślanie podlegał bezpośrednio Kombinatowi. Wyjeżdżał on z koncertami do Jugosławii, Holandii, Niemiec, Włoch, ZSRR Uświetniał różne imprezy w kraju.
Domem Kultury w Czerninie kierowałam od 1973 do 2006. Wydarzeniem była wizyta w Kombinacie I Sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edwarda Gierka. Odwiedził też Kombinat Mieczysław Moczar, sekretarz wojewódzki PZPR w Gdańsku Tadeusz Fiszbach i inni działacze polityczni.
ROBERT PIETRZYK
Moja mama Zofia Pietrzyk przed wybuchem drugiej wojny mieszkała w Waplewie i pracowała u Zbigniewa Donimirskiego jako pomoc domowa. Po wyzwoleniu w 1945 roku podjęła pracę w Klecewie, gdzie stacjonowało Wojsko Polskie.
Jako dziecko pamiętam jak w styczniu 1945 roku władze niemieckie podjęły decyzję o przymusowej ewakuacji przed zbliżającymi się żołnierzami radzieckimi. Była mroźna zima i bardzo niska temperatura, śnieżyca. Jechałem z babcią Wiktorią na wozie. Wielu ludzi miało odmrożone ręce i nogi. Babcia miała takie odmrożenia, że powstały duże, niegojące się rany. To było przyczyną jej śmierci w 1947 roku. Dotarliśmy jedynie do wsi Piekło, dalej nie można się było poruszać, bo droga została zablokowana uciekinierami. Wróciliśmy do Klecewa.
Tam też chodziłem do szkoły. Od roku 1952 do 1954 odbywałem służbę wojskową. Po powrocie z wojska podjąłem pracę w PGR Klecewo jako traktorzysta. Dwa lata później ożeniłem się. Po kilku latach zostałem przeniesiony służbowo do Czernina. Dyrektorem Zakładu Rolnego przez 8 lat był Jan Szlachciak. Początkowo mieszkaliśmy w baraku, warunki bytowe były skromne, następnie przenieśliśmy się do budynku koło szkoły. Przez osiem lat mieszkaliśmy w budynku, gdzie mieściła się dyrekcja Kombinatu. Gdy zaczęto budować nowe budynki dla pracowników, przeniosłem się z rodziną do nowego mieszkania w roku 1992. Po Janie Szlachciaku przez 14 lat dyrektorem Kombinatu był Jan Grzywacz. Współpraca z dyrektorami była bardzo dobra.
PAWEŁ BUCHLIŃSKI
Z rodzicami mieszkałem w Benowie. Tam rozpocząłem naukę w niemieckiej szkole podczas wojny. Podczas wojny ojciec pracował na lotnisku w Królewie Malborskim. Pamiętam, jak wojska niemieckie wycofywały się za Wisłę, a wkraczali do Benowa Rosjanie.
Jako młody chłopiec pamiętam, jak wystawiono w Sali dzisiejszego kina funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, jacy zginęli w potyczce pod Tulicami w 1946 roku.
Do Czernina przybyliśmy w 1947 roku. Razem z tatą podjąłem pracę w majątku czernińskim, gdzie administratorem był pan Muller, przedwojenny rządca na majątkach wielkich właścicieli ziemskich. Ojciec i ja pracowaliśmy przy koniach, moim zadaniem było wożenie bryczką administratora Mullera po polach, na których gospodarował i gdy odwiedzał pobliskich administratorów w Watkowicach, Polaszkach. Myśmy musieli zadbać o konie, dać im obroku, przykryć kocami, aby nie marzły. Przesiadywaliśmy w stodołach, od gospodyń otrzymywaliśmy ciepłą kawę, jakieś ciepłe jedzenie.
W Watkowicach administratorem był pan Ksawery Preuss. W 1948 pan Muller, Preuss, Kuraszkiewicz zostali oskarżeni o nadużycia i sabotaż w gospodarstwach, którymi kierowali - lipiec 1947 lipiec 1948. Muller miał rzekomo niszczyć zbiory znajdujące się w silosach, bo chciał zrobić gnojowicę. Muller został zatrzymany przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Sztumie. Na wytoczonym procesie został z Preussem uniewinniony, ale do pracy w Czerninie nie wrócił, zamieszkał gdzieś pod Gdańskiem. Był wymagającym administratorem, ale też dbał o załogę. Kazał dawać pracownikom zatrudnionym w gospodarstwie 5 litrów mleka, inne środki żywnościowe, bez pisania podań do biura gospodarstwa. Początkowo była to też forma zapłaty za pracę.
Przy koniach pracowałem przez 14 lat do 1961 roku, przez następne szesnaście byłem traktorzystą. Za moich czasów Zakładem Rolnym w Czerninie kierowało 7 dyrektorów. Nie wszystkich pamiętam, ale przypominam sobie pana Kowalewskiego oraz Kowalczyka, który wcześniej pracował w PGR Postolin.
W 1977 zostałem kierowcą w Kombinacie i pracowałem przez 17 lat do przejścia na emeryturę. Woziłem próbki nasion do badań, płody rolne, zwierzynę, jabłka i ludzi. Kierowcą zostałem, gdy tzw. małym Kombinatem kierował dyrektor Andrzej Wójcicki. Najmilej wspominam dyrektorów Andrzeja Wójcickiego i Jana Grzywacza.
W rolnictwie przepracowałem 47 lat.
MIROSŁAW SZTEJNER
W 1945 roku znaleźliśmy się na terenie Powiśla. Państwowy Urząd Repatriacyjny w Malborku skirował nas do miejscowości Łoza. Musieliśmy piechotą z dobytkiem maszerować przez Sztum, tam dostaliśmy przepustkę na dalszą drogę do tej miejscowości.
Pracę podjąłem po wyjściu z wojska do rezerwy w Dzierzgoniu w zakładzie Trójbet. Przepracowałem tam 17 lat, z czego przez sześć lat jeździłem jako kierowca z dyrektorem Napoleonem Tomaszewskim.
Pracę w Czerninie rozpocząłem w roku 1973. W 1980 roku, jak powstała Solidarność Zakłady Rolne zaczęły narzekać na Kombinat, że je wykorzystuje i podejmować zaczęły kroki, aby się od niego odłączyć. Woziłem również zakładowych działaczy Solidarności do Gdańska, Elbląga, do Oliwy na pamiętny zjazd w 1981 roku. Zapamiętałem, jak raz z przemęczenia na zjeździe zemdlał Benedykt Nowak, ale wkrótce doszedł do siebie. Od roku 1991 jestem na emeryturze.
MIECZYSŁAWA BORKOWSKA
Na ziemię sztumską przybyłam z mężem w roku 1953 do Mikołajek Pomorskich, gdzie mąż podjął pracę jako kołodziej. Mąż razem z kolegą Pawłowskim pracował przy budowie owczarni w Cieszymowie, do pracy dojeżdżali z Mikołajek. W roku 1963 mąż podjął pracę jako kołodziej w PGR Cygusy. Dyrektorami tego zakładu byli panowie Skibniewski, Kapusta, Flanc, Fierek. Życie toczyło się swoim rytmem więzi międzyludzkie były inne niż obecnie, każdy miał chlewik na kury, gęsi, świnki. Rozmawiało się na podwórzu z sąsiadami, gdzie dzielono się troskami życia codziennego. Od 14 lat mieszkam w Czerninie.
Sołectwo Postolin


MARIA MYŚLIWSKA
Przed wojną mieszkałam z rodzicami w Sztumskiej Wsi, a dokładniej na Hajnach, to jest część tej wsi, jak się jedzie w kierunku Borowego Młyna. 27 stycznia 1945 roku Rosjanie zmusili wszystkich mieszkańców wioski do jej opuszczenia. Na sankach z dobytkiem dotarliśmy do budynków na terenie dzisiejszego szpitala. Tego dnia usłyszeliśmy, jak trafiła bomba artyleryjska w budynek obok hotelu Koenigliche Hof na rynku, dziś plac Wolności. Rosjanie kazali się nam wszystkim położyć na ziemię i pytali, dlaczego bomba uderzyła w ten budynek. Rosjanie nakazali nam wrócić do Sztumskiej Wsi, ale konie nie chciały iść, gdzie był duży ogień. Musieliśmy zawrócić na drogę wiodącą do dworca kolejowego i przez Zajezierze, polną drogą, wróciliśmy do własnego domu. Widzieliśmy jak przez kilka dni płonął Sztum. Mama z czwórką dzieci była sama, bo tata był w wojsku niemieckim i dostał się do niewoli rosyjskiej.
Po zakończeniu wojny rozpoczęły się kursy nauki języka polskiego. Nie wiedziałam, jak miałoby brzmieć po polsku moje nazwisko - Rapert. Ojciec mówił, że skoro wszystkie kończą się na –ski, to my będziemy nazywać się Rapertowski.
Odbywały się kursy po skończonej pracy od 17 do 20. Prowadził je nauczyciel Szczepański. Ja na kurs repolonizacyjny poszłam w 1948 roku, był ostatnim. Na lekcji matematyki rozwiązałam zadanie z ułamkami, ale nie potrafiłam tego wytłumaczyć po polsku, jak do tego doszłam.
Mając w roku 1946 szesnaście lat, poszłam na służbę do państwa Jadwigi i Karola Myszków w Sztumie, bo trzeba było zdobyć jakieś środki do życia dla siebie mamy i rodzeństwa. Karol Myszka był pierwszym milicjantem w Sztumie. Pamiętam, jak była przygotowywana zasadzka w Tulicach na oddział „Żelaznego”. W budynkach dzisiejszego szpitala było wojsko polskie, które razem z milicjantami miało wziąć udział w tej zasadzce. Pani Myszka była w ciąży i bała się, że mąż będzie musiał tam pójść. Schowali się w piwnicy, miałam powiedzieć milicjantom jak przyjdą po pana Myszkę, że wyjechali do teściów w Ramotach.
W czasie pamiętnej zasadzki zginęło 8 ludzi, leżeli w trumnach w budynku dzisiejszego kina. Na cmentarzu ewangelickim wykopano duży grób i miano ich tam pochować, rodziny zabitych nie chciały się na to zgodzić i niektórych zabrano do miejsc, skąd pochodzili. Paru spoczywa obecnie na cmentarzu przy ulicy Nowowiejskiego.
W roku 1948 był ostatni transport do Niemiec. Przypominam sobie, jak rodzina Werthowa nie chciała wyjechać, bo mąż zmarł. Musieli w ciągu trzech dni przygotować się do wyjazdu, przyjechali milicjanci i ich eskortowali do Sztumu. Chyba 4 rodziny ze Sztumskiej Wsi wtedy wyjechały do Niemiec.
Pierwsze lata po 1945 były bardzo ciężkie. Mnie było ciężko się porozumiewać, bo nie znałam języka polskiego, w domu mówiło się wyłącznie po niemiecku. Były kłopoty ze zrozumieniem, wyjaśnieniem tego, co miałam kupić w sklepie. Pani Myszka mówi do mnie: - Idź do rzeźnika i kup mięso na kotlety mielone. W sklepie powiedziałam, że chcę kupić miliony.
Po zakończeniu służby u Myszków w 1947 podejmowałam każdą pracę, aby zarobić na chleb. Dłużej pracowałam u ogrodnika Niewiadomskiego. Prawdziwa praca rozpoczęła się, gdy zostałam zatrudniona w cegielni w Nowej Wsi. Tam poznałam przyszłego męża Leona, ślub zawarliśmy w roku 1953 i zamieszkaliśmy w Postolinie w domu pana Władysława Szypniewskiego. Mąż pracował nadal w cegielni, ja pracowałam dorywczo u gospodarzy w Postolinie. Po urodzeniu i odchowaniu syna, w roku 1968 pracowałam w przedszkolu, gdy Krystyna Mielniczek poszła na urlop macierzyński. Od 1980 do 1990 pracowałam jako siostra opiekująca się starszymi ludźmi z ramienia PCK. Wcześniej musiałam uczestniczyć w kursie dla opiekunek w Malborku.
Od 1990 jestem na emeryturze.
PIOTR STEINIGER
Gdy podchodzili Rosjanie, rodzice mieli też się ewakuować z Postolina, jak inni mieszkańcy, ale ze względu na wiek zostali. Ja byłem najmłodszym dzieckiem. Mój ojciec ze względu na to, że miał dużo dzieci, nie poszedł do wojska niemieckiego, pracował jako robotnik rolny na dużym gospodarstwie u Juliusza Panzera. (Po wojnie na tym gospodarstwie zamieszkała rodzina Jackiewiczów, musieli je opuścić, bo tam utworzono Państwowe Gospodarstwo Rolne.) W czasie wojny u Panzera pracowali jeńcy rosyjscy, również kobiety Rosjanki oraz miejscowa ludność. Jedna Rosjanka o imieniu Katia przyjaźniła się z moją starszą siostrą, odwiedzała nas w domu. Gdy wkroczyli do Postolina Rosjanie i ją zobaczyli, powiedzieli: - Jesteś Rosjanką. Wiedziała, co ją może spotkać, dlatego wieczorem z innymi robotnikami zniknęła. Następnego dnia przyszli Rosjanie do moich rodziców i pytali, czy Katia była u nich. Moja siostra Teresa Lip w latach 70. XX wieku próbowała odszukać Rosjan pracujących u Panzera, ale bez rezultatu.
Dwa mosty, jakie znajdowały się w Postolinie, zostały zaminowane. Pan Hahn miał wysadzić most na drodze wiodącej do Sztumu, gdy tylko zobaczy Rosjan, a Jan Grucza most do Polaszek. Zygmunt Jackiewicz obserwował teren, jeżdżąc rowerem od jednego do drugiego. Nadjechał patrol w niemieckich mundurach. Poczęstowali Gruczę wódką, pytali po niemiecku, czy jest ordnung, czyli porządek. Grucza zorientował się, że to byli Rosjanie, bo Niemcy by nie częstowali wódką. Mosty na szczęście nie zostały wysadzone w powietrze.
Gdy wkraczali do Postolina Rosjanie mąż pani Smolińskiej ukrywał się przez kilka tygodni w studni melioracyjnej, bo miał należeć przed wojną do SA i obawiał się, że jak go złapią Rosjanie, to go zabiją. I tam nabawił się gruźlicy, wkrótce po wyzwoleniu zmarł. Pani Smolińska została z małymi dziećmi, po wojnie pracowała w szkole jako sprzątaczka aż do emerytury.
Mojego ojca Józefa zabrali Rosjanie do obozu przejściowego w Działdowie, skąd mieli go wywieźć do Rosji, ale po kilku dniach zwolnili ze względu na wiek. Wracał do Postolina piechotą. Pod Prabutami został zatrzymany i ponownie trafił do Działdowa, i znowu go zwolniono. Gdy wrócił do domu mama z trudnością go rozpoznała, tak był zarośnięty i wychudzony. Mama napiekła placków ziemniaczanych, objadł się tak mocno, że dostał rozstroju żołądka.
Najstarszy brat Alfons powołany do wojska niemieckiego dostał się do niewoli rosyjskiej. W Rosji warunki życia były tragiczne, ciężka praca wyniszczała organizmy, ludzie byli ciągle głodni, zjadali, co można było zdobyć - psy, koty. Po roku wrócił do Postolina, gdy był odpust Matki Boskiej Szkaplerznej - 16 lipca 1946 roku.
TADEUSZ RADTKE
Urodziłem się w roku 1937. Mój ojciec Walenty, jak większość mieszkańców Postolina, brał udział w zabawie letniej, jaka miała miejsce w lipcu 1933 roku w lesie ramzińskim. Wcześniej była odprawiona msza święta, a następnie bryczkami wszyscy udali się do lasu. Tu urządzane były różne konkursy dla zebranej publiczności. Wieczorem odbyła się zabawa taneczna na sali Stefana Kaszubowskiego w Postolinie. W nocy przyjechała bojówka hitlerowska ze Sztumu, aby rozpędzić zabawę. Doszło do ostrego starcia, napadnięci zaczęli się bronić, Michał Pawelczak miał nawet nielegalny pistolet, ale zdążył go się pozbyć, zanim bojówkarze rozpoczęli rewidować uczestników zabawy. Ojciec mój również posiadał pistolet nielegalnie, ale nie zdążył się go pozbyć, bo został złapany przez bojówkarzy. Wkrótce nadjechał drugi samochód z bojówkarzami. Pobito wielu ludzi, byli wśród nich nauczyciele, przedszkolanka z Postolina, moja ciocia, Anna Piotrowska Radtke. Została wywleczona z sali i niedaleko bagienka, gdzie odbywała się zabawa, pozostawiono ją, gdy nie dawała znaku życia. Nad ranem Józef Barra szedł do gospodarza doić krowy i usłyszał dobiegające jęki, szybko ranną przeniósł do kostnicy i poszedł do zakonnic powiadomić o pobiciu cioci. One zaopiekowały się ciocią, przez pewien czas była też leczona w sztumskim szpitalu. Ojca i Michała Pawelczaka aresztowano, przebywali w areszcie na zamku. Pewnego razu udało się ojcu uciec, bo drzwi nie zostały zamknięte. Wieczorem na Przedzamczu wziął rower stojący przed sklepem pana Kleina, dojechał nim do Postolina, szybko wziął konia i udał się do Janowa, skąd łodzią przedostał się do Gniewu. Wcześniej rodzinie przekazał, aby odprowadziła rower do właściciela sklepu.
Gdy zmarł brat ojca Wiktor w Postolinie w roku 1944, nocą ojciec rowerem przyjechał się z nim pożegnać podczas tzw. Pustej Nocy i zaraz wracał, bo na pogrzebie nie mógł już zostać, bo byłby aresztowany.
Tata zaraz po wyzwoleniu Tczewa chciał od razu przez Malbork wracać do Postolina, ale Rosjanie nie pozwolili, bo Malbork był jeszcze oblegany. Cofnęliśmy się, już nie do Tczewa, a skierowaliśmy do Gniewu. Łódką przeprawił się ojciec do Janowa i dzięki Andrzejowi Kwella, który przyjechał wozem nad Wisłę, dotarł do Postolina. Mama i rodzeństwo, jak również dobytek na pewien czas pozostały w Gniewie. Pod koniec marca 1945 wszyscy byliśmy już w Postolinie.
Tata grał na organach w postolińskim kościele za proboszcza Pawła Mateblowskiego. Ten ksiądz wyraził zgodę, aby oddać Niemcom dzwony, żyrandole i żołnierza z pomnika poświęconego poległym żołnierzom z parafii postolińskiej w czasie I wojny światowej. W sąsiedniej wsi Klecewko był kościół ewangelicki, ale już bez wiernych, za to był w nim dzwon. Z grupą mężczyzn tata postanowił go zdemontować i przewieźć do Postolina. Ja jako młodzian jechałem wozem drabiniastym po ten dzwon. Z pewnymi kłopotami został zawieszony na wieży kościelnej. Ojciec postawił sobie jako punkt honoru, aby na święto Matki Boskiej Królowej Polskiej 3 maja 1945 dzwon wzywał wiernych na mszę. W sąsiedniej Nowej Wsi stacjonowało polskie wojsko. Przybyło ono na tę mszę do kościoła. 50 żołnierzy utworzyło szpaler i podeszło pod sam ołtarz. Gdy ojciec zagrał Boże coś Polskę, wszyscy wstali i zaczęli śpiewać. Po mszy odbył się festyn na łące przy Strudze Postolińskiej zwaną popularnie Bachą koło cmentarza.
Ojciec po śmierci brata Wiktora został jedynym męskim spadkobiercą po rodzicach, jego siostry zostały spłacone. Już przed wojną mieszkały w Sztumie. Ciocia Helena w maju 1920 roku była na koncercie Jana Nowowiejskiego w sztumskiej Strzelnicy. W roku 1933 pojechała do Rzymu, była też w Kairze i Ziemi Świętej, skąd przywiozła odnóżkę palmy, która zakwita raz na 25 lat. W tym roku ponownie zakwitła.
Ja z braćmi Witoldem i Kazimierzem poszedłem do szkoły podstawowej. Od jesieni 1945 roku kierownikiem był Florian Wichłacz, po powrocie z obozu koncentracyjnego z Austrii. Zajęcia były prowadzone w murowanym budynku z czerwonej cegły i drewnianym baraku z rozsuwanymi wewnątrz ścianami. W nim urządzane były spotkania z mieszkańcami, przedstawienia, bo była też scena. Były też prowadzone kursy języka polskiego dla dorosłych, uczestniczyły w nich moje starsze siostry. Kursy repolonizacyjne prowadził pan Wichłacz i inni nauczyciele, jak pani Dąbrowska - od 1946 roku, bo wcześniej uczyła w Pułkowicach.
Pierwszy rok po wojnie był bardzo ciężki, brakowało wszystkiego: maszyn do uprawy ziemi, inwentarz żywy w gospodarstwie trzeba było stopniowo odbudowywać, ludzie pracowali za mleko, zboże, kartofle. Po roku sytuacja się poprawiła.
Na początku 1953 roku zwołano zebranie wiejskie przyjechać mieli agitatorzy. Byli to młodzi ludzie z Gdańska, spóźnili się, więc chłopi poszli do Kaszubowskiego na piwo. Gdy się w końcu agitatorzy zjawili, wrócili. Byli namawiani aby wstąpili do PZPR.
Wkrótce ojciec został aresztowany pod zarzutem słuchania z sąsiadem Piotrem Jackiewiczem Wolnej Europy, bo posiadał radio Pionieer. My młodzi chłopcy mieliśmy ostrzegać, czy ktoś się nie zbliża. Raz nie udało się, podjechał samochód Lublin z żołnierzami i obstawili gospodarstwo. Złapali ojca, jak słuchał radia. Drugi zarzut to posiadanie broni z okresu I wojny. Jeden ubowiec manipulował przy karabinie i broń wystrzeliła, i o mały włos mama została zabita, pocisk obtarł jej bok, została lekko ranna. Przez trzy miesiące ojciec był aresztowany w Sztumie, potem przewieziono go do Bartoszyc. Kierownik Wichłacz znający rodzinę sprzed wojny przyczynił się do tego, że został ostatecznie wypuszczony. Kilka miesięcy po zwolnieniu zmarł 11 grudnia 1954 roku. Ojciec posiadał order Virtuti Militari.
Mając 15 lat, grałem w drużynie piłki nożnej noszącej nazwę Błyskawica Postolin na pozycji obrońcy. Z zespołem wyjeżdżaliśmy na mecze do Elbląga, Tczewa, Gniewu, Kwidzyna. Jesienią i zimą trenowaliśmy podnoszenie ciężarów i boks. Kolega Jan Behnke już przed wojną trenował boks i po powrocie z niewoli podjął ponownie treningi. Ja trenowałem boks tylko rok - do czasu, jak trafiłem kolegę Edmunda Pladwiga i popłynęła mu z nosa krew. To spowodowało moją rezygnację z uprawiania boksu i trenowałem tylko piłkę nożną. Ze mną grali koledzy: Stanisław Trapski, Wincenty Jackiewicz, Paweł Smoliński, Stanisław Smoliński, Alfons Steiniger, Zygmunt Steiniger, Jan Steiniger, Bronisław Chruściński, Edwin Pawelczak, Bronisław Grucza, Erwin Bednarski, Paweł Spruda, Gerard Spruda, Jan Behnke, Rycek. W 1958 roku ukończyłem kurs instruktorski piłki nożnej organizowanej przez Radę Wojewódzką Ludowych Zespołów Sportowych w Gdańsku. Miał on miejsce w wojewódzkim ośrodku sportowym LZS w Osowie, poczta Chwaszczyno, dniach 20-26 lutego 1958 roku.
Z mamą mieszkałem w Postolinie, ale nie widziałem siebie w pracy na roli, dlatego zdecydowaliśmy sprzedać gospodarstwo sąsiadom. W roku 1985 wyprowadziliśmy się z żoną do Sztumu, jesteśmy już na emeryturze.
MARIAN LEMKOWSKI
Urodziłem się w roku 1928. Moimi rodzicami byli Kazimiera Lemkowska z domu Wiśniewska i Franciszek Lemkowski. Rodzice prowadzili gospodarstwo rolne w Pierzchowicach. Ojciec dodatkowo kierował, tak jak mój dziadek Jan, Bankiem Ludowym w tej miejscowości. Było nas trzech braci, Tadeusz, ja i najmłodszy Jan. Do szkoły podstawowej poszedłem w Pierzchowicach. Po trzech latach nauki w niemieckiej szkole, którą kierował nauczyciel Goertz, przeniesiony zostałem w roku 1938 do polskiej w Postolinie. Uczył w niej Florian Wichłacz, zamieszkałem u wujostwa Julianny i Józefa Zblewskich. Po roku nauki w Postolinie w kwietniu 1939 roku rozpocząłem naukę w Gimnazjum Polskim w Kwidzynie. Do tego gimnazjum został przeniesiony również starszy brat Tadeusz, uczący się w Gimnazjum Polskim w Bytomiu.
25 sierpnia 1939 roku wszyscy nauczyciele i uczniowie gimnazjum zostali przez Niemców wywiezieni do miejscowości Tapiau koło Królewca. Po dziesięciu-czternastu dniach najmłodszych uczniów rozdzielono od starszych. Ja znalazłem się w Grunhoff, brat Tadeusz w Strobjehnen. Po około miesiącu Niemcy uczniów zwolnili i puścili do miejsc zamieszkania. Przywieziono nas do Malborka, skąd z kolegą Joachimem Dumalskim i bratem wracaliśmy piechotą do Miran i Pierzchowic. Nauczycieli i przedszkolanki Niemcy umieścili w obozach koncentracyjnych.
Nauczyciel w Pierzchowicach przyjął mnie do niemieckiej szkoły. Byłem w niej do wiosny 1940 roku, podstawową niemiecką ukończyłem w Postolinie w roku 1943. Kierownikiem szkoły był nauczyciel Omer. Mieszkałem u wujostwa Zblewskich do jesieni 1944 roku. Gdy brat Tadeusz poszedł do wojska w 1943 roku musiałem wrócić do Pierzchowic pomagać mamie w gospodarstwie, gdyż brat Jan był jeszcze za młody.
W momencie, gdy wkraczali do powiatu sztumskiego Rosjanie należałem do nielicznych, co znali język polski. W styczniu 1945 już nie poszedłem do wojska niemieckiego, bo już pojawili się rosyjscy żołnierze. W naszym gospodarstwie zrobili sobie bazę, do której przyprowadzali ukradzione konie, krowy, maszyny rolnicze. Przez Elbląg wywozili do Rosji. Wkrótce pojawiło się koło wsi Wilczewo polskie wojsko, byli zdziwieni, że ktoś mówi po polsku. Miałem dla nich sporządzić listę ludzi, jacy tu jeszcze mieszkali w okolicy. Gdy wychodziłem od nich, zostałem zatrzymany przez Rosjan. Zabrali mnie do majątku Watkowice, było tam już kilku zatrzymanych mężczyzn. Przesłuchiwali nas, a następnego dnia poprowadzili do Sztumu i umieścili na terenie więzienia. Rano ustawili nas na placu i zaczęli wyczytywać nazwiska, kazali ustawiać się w szeregu po drugiej stronie. Ja zostałem w końcu sam, gdy inni już byli na tamtej stronie. Wtedy oficer rosyjski powiedział: Ty młodzian możesz iść, gdzie chcesz. Poszedłem do domu. Pozostałych wywieziono do Rosji, mało kto wrócił.
Od roku 1948 roku ponownie zamieszkałem u cioci Zblewskiej, pomagałem jej w gospodarstwie, bo męża jej zabili Rosjanie zaraz po ich przybyciu do Postolina. Po roku powołano mnie do odbycia służby wojskowej, wróciłem w listopadzie 1952. Służbę wojskową odbywałem w kopalni Kleofas w Katowicach i Ziemowit Lędzinach koło Starego Bierunia. W Kleofasie pracowałem rok ze mną był kolega Sombrowskim ze Sztumskiej Wsi, Smolińskim z Nowej Wsi, Erykiem Olszewskim ze Straszewa. Pracowaliśmy po 8 godz. dziennie.
Wróciłem do Pierzchowic, bo młodszy brat Jan powołany został do służby wojskowej. Gdy wrócił z wojska Janek w 1955 roku, ponownie znalazłem się u ciotki Julianny Zblewskiej w Postolinie. Podczas mojej nieobecności cioci pomagał pan Wolski, piekarz z zawodu. Wtedy spaliła się stodoła, zniszczeniu uległa chlewnia. Najpierw należało odbudować zabudowania gospodarcze. W roku 1956 ożeniłem się z Gizelą Teszner z Kołozębia. W Postolinie urodziły się nasze dzieci - Elżbieta, Gabrysia, Kazimierz i Piotr.
Gospodarstwo przekazałem synowi Kazimierzowi i z żoną od roku 1991 mieszkam w Sztumie.
Sołectwo Koślinka
ANIELA BUGAJ
W maju 1945 roku mama - po odnalezieniu nas - wyrobiła potrzebne papiery w Polsce i przyjechała do Rosji nas odebrać. Transportem przybyliśmy do Malborka. Ludzie nie chcieli wysiąść z wagonów, bo uznali, że są to tereny niemieckie. Przybył starosta malborski i przekonywał, że tu będzie Polska. Przesiedleńcy dali się przekonać i rozładowali się na stacji. Inaczej poczuliśmy się, jak usłyszeliśmy, że żołnierze rozmawiali po polsku. Okazało się że byli oni z majątku Koślinek i przyjechali po prowiant. Zaproponowali, abym z siostrą przyjechała do pracy podczas żniw, na co wyraziłam zgodę. Z młodszym rodzeństwem przez dłuższy czas rozmawiałam po rosyjsku. Mama z najmłodszymi została w Malborku.
W Koślince przebywała pewna Amerykanka, właścicielka gospodarstwa, która oddawała nam krowę, konia i prosiła, aby ją odwieźć do Gdańska. Żołnierze polscy namawiali moją mamę, aby została na tym 7-hektarowym gospodarstwie. Zboże było już w snopkach, kartofle rosły. Ostatecznie po żniwach mama przeprowadziła się z Malborka do Koślinki. Tu najmłodsze rodzeństwo poszło do szkoły, była to czteroklasowa szkoła, po jej ukończeniu dzieci szły do szkoły w Dąbrówce Malborskiej. Ja mogłam pójść do gimnazjum, ale ktoś musiał pracować na gospodarstwie. Tu poznałam męża i poszłam na własne gospodarstwo. Mama gospodarowała do czasu przejścia na emeryturę w 1965 roku i wyprowadziła się do siostry mieszkającej w Gdańsku.
ANNA JABŁOŃSKA
Obecnie mieszkam w Dąbrówce, ale dziadkowie mieszkali w Koślince. Dziadek Józef Kulecki głosował w plebiscycie 10 lipca 1920 roku za Polską. Na jego podwórku odbywały się zebrania agitacyjne za Polską. Dziadek z młodszymi dziećmi wyprowadził się do Polski. Ja urodziłam się w Chełmży. Gdy miałam 8 lat, po zakończonej II wojnie z rodzicami przybyliśmy do Koślinki, bo mamę ciągnęło w rodzinne strony, a znając język niemiecki bez trudu porozumiewała się z ludźmi, posługującymi się tylko tym językiem w Koślince. Starsze rodzeństwo mamy przez cały okres międzywojenny mieszkało w Koślince. Gospodarstwo dziadka podupadło, trzeba było go remontować, ale mama nie chciała innego, bo to była ojcowizna, chociaż tata chciał zająć inne opuszczone gospodarstwa w 1946 roku.
Współpraca z miejscowa ludnością w Koślince układała się poprawnie, chociaż warunki życia były trudne. Brakowało wody, prądu. Wodę nosiło się prosto z kanału Juranda. W latach 50. XX wieku wszystkich 50 rolników obłożono obowiązkowymi dostawami dla państwa, za które płacono marne grosze. W tych latach wszystko kupowało się na kartki, było biednie, ale wszyscy żyli biednie. Gdy brat poszedł odbywać służbę wojskową, sama mając 18 lat, musiałam uprawiać ziemię, ponieważ rodzice byli chorzy, mama chodziła przy lasce. W 1962 roku wyprowadziłam się do męża do Dąbrówki. Warunki życia w latach sześćdziesiątych znacznie się poprawiły w stosunku do poprzednich
IRENA RAKOWSKA
Moi rodzice Aniela i Franciszek Ludwikowscy byli już mieszkańcami Koślinki w okresie międzywojennym. Ja tu urodziłam się w roku 1935 i wychowywałam. Gdy wybuchła II wojna światowa, ojciec został powołany do wojska niemieckiego. Pod koniec wojny dostał się do niewoli rosyjskiej. Z Rosji po kilku latach wypuścili go, ale mógł udać się tylko do NRD. O pobycie w Rosji mówił, że życie było ciężkie, ludzie często byli niedożywieni, a pracowali ponad siły. Ojca mama i moja - ze mną i siostrą oraz dwoma braćmi - przebywaliśmy już w Republice Federalnej Niemiec. Ojciec przyjechał do Zachodnich Niemiec, jednak zdecydował, że wraca z rodziną do Koślinki, gdzie mieliśmy własne gospodarstwo.
W roku 1957 wyszłam za mąż za Edmunda Rakowskiego, ojciec zamieszkał w Ryjewie, ale często na rowerze przyjeżdżał nas odwiedzać. Rodzina męża przybyła do Koślinki z Wołynia.
Wiem, że pierwszym nauczycielem w Koślince był krótko pan Klonowski, po nim Józef Neugebauer, a następnie Leśniewski. Szkoła w Koślince istniała do końca lat siedemdziesiątych XX wieku. W naszej wiosce żyła rodzina Domalskich, starsi państwo mieli wszystkie dzieci w Niemczech Zachodnich. Pan Domalski nie chciał opuścić rodzinnych stron. Jego żona przed szkołą czekała na samochód, którym miała udać się do miejsca zbiórki, skąd miała jechać do Niemiec. Wtedy dowiedziała się, że mąż podciął sobie żyły u rąk i gardło. Wróciła do małżonka. Zostali oni bez żadnych środków do życia i żadnej pomocy od państwa. On zmarł w 1947 roku. Dzięki ludziom dobrej woli otrzymywali coś do jedzenia. Starsza pani cerowała podniszczone worki rolnikom, żeby w ten sposób odwdzięczyć za pomoc żywnościową.
HALINA MĄDRA
Urodziłam się w Sztumie, do roku 1975 mieszkałam z rodzicami w Koniecwałdzie. Naukę pobierałam najpierw w Koniecwałdzie potem w Sztumie. Do szkoły średniej chodziłam w Kwidzynie, było to Technikum Przemysłu Spożywczego, mieszkałam w internacie. Od szkoły podstawowej poprzez średnią należałam do Związku Harcerstwa Polskiego. Za moich czasów w szkole podstawowej w Koniecwałdzie pracował Józef Makuch i Józef Kułak. Dzieciństwo i młodość były znośne. Po wyjściu za mąż mieszkam w Koślince, byłam przez parę kadencji sołtysem wsi, działam aktywnie w Polskim Stronnictwie Ludowym.
Sołectwo Gronajny
STANISŁAW MOŻDŻYŃSKI
Urodziłem się niedaleko Nasielska, we wsi Mazewo, w roku 1928. Do wyzwolenia, w roku 1945, mieszkałem z rodzicami w tej wsi. Po wyzwoleniu pracowałem w młynie. Warunki życia były trudne, brakowało chleba kupowano go na kartki. Jak się dostało zboże to mieliło się w żarnach. Po paru miesiącach dostałem powołanie do służby w wojsku polskim w Międzyrzeczu na Ziemiach Zachodnich. Po przysiędze skierowany zostałem do Zgorzelca, bo tam tworzono od podstaw nową jednostkę. W wojsku byłem do 1950 roku.
W Warszawie na dworcu zatrzymała mnie żandarmeria. Mówię im, że nie jestem żadnym dezerterem. Wszystko się wyjaśniło na posterunku żandarmerii dworcowej, puścili mnie i w końcu dotarłem do domu rodziców. Musiałem mundur wojskowy odesłać do jednostki. Z rodzicami byłem krótko.
Wyjechałem na Ziemie Zachodnie do Kamienia Pomorskiego, tam jako osadnika wojskowego skierowano mnie do wsi Pobierowo. Spotkałem kolegę Bajorka i przy piwie powiedział mi, abym zdecydował się pójść do pracy w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. Tam nas przyjmą i tak zrobiłem. Ożeniłem się w Szczecinku, żona pochodziła z Gościszewa, dostałem zapomogę na zagospodarowanie kupiłem krowę i owcę. Ojciec i mama chcieli, abym wrócił w okolice Nasielska, bo ich gospodarstwo przekształcono w kołchoz.
W końcu zdecydowałem się przyjechać w roku 1959 do teściów w Gościszewie. Nie chciałem pracować na kolei i zatrudniłem się w PGR Koniecwałd. W Koniecwałdzie brygadzistą był Feliks Pałka.
W latach siedemdziesiątych odwiedził tę miejscowość poprzedni właściciel majątku Wiebe z rodziną, mieszkający w Niemczech Zachodnich. Chciał zobaczyć jak gospodarują obecni właściciele. Byli bardzo zadowoleni. Oglądali też gospodarstwo państwa Potowskich. Pani Potowska była tłumaczem w naszych rozmowach w Gronajnach. Gdy Wiebe zobaczył, że górka nad jeziorem jest zagospodarowana, bardzo się ucieszył, bo przed wojną był to nieużytek. Po powrocie do Niemiec wkrótce zmarł.
W gospodarstwie Koniecwałd byłem traktorzystą, orałem ziemię, siałem zboża, zwoziłem plony rolne. Zaraz po wojnie zabudowania w Gronajnach były mocno zniszczone. W latach pięćdziesiątych tam, gdzie przed wojną gospodarował Wiebe założono Spółdzielnię Produkcyjną. Powoli odbudowywano gospodarstwo, początkowo była jedna krowa, świnia, owca ale stada zaczęły się powiększać. PGR Koniecwałd przejął budynki i ziemię Spółdzielni po 1956 roku. Pan Stanisław Przeniewski zaproponował, abym zamieszkał w Gronajnach, objął funkcję brygadzisty i gospodarował.
Do dnia dzisiejszego mieszkam w tej wsi, jestem na emeryturze.
Sołectwo Koniecwałd
ROMUALD WYSZOMIRSKI
Urodziłem się 14 września 1930 roku w Czerninie. Początkowo ojciec mój Antoni pracował na majątku Sierakowskich w Waplewie, wkrótce przeniósł się do Czernina i podjął pracę u państwa Donimirskich. Tata znał polski i niemiecki. U Donimirskich woził mleko do sztumskiego więzienia oraz sery twarogi do najlepszych sklepów w Sztumie. Mama prowadziła dom. Czasem pomagała pani Donimirskiej, gdy odbywały się większe przyjęcia, niekiedy pomagała przy pielęgnowaniu ogrodu. Po wojnie przyjechała pani Donimirska z Warszawy, gdzie mieszkała, podziękować ojcu za pracę w gospodarstwie u męża. Pamiętam, jak rządca Malicki z Czernina, jak wybuchła wojna, trzymał z Niemcami, nosił niemiecki mundur. Mówił do ojca „ Ty polska świnio. Dosyć najadłeś się niemieckiego chleba”.
Jesienią 1939 roku ojciec dostał polecenie od Malickiego wywożenia buraków do stacji kolejowej w Mleczewie. Jan Marciniak z Mleczewa widział, jak Malicki wyzywał ojca, gdy wywrócił się wóz z burakami tuż przy rampie. Za to, że Marciniak nakrzyczał na Malickiego, został karnie wcielony do wojska niemieckiego, walczył we Francji.
Ojciec dalej nie mógł pracować w Czerninie. Dostał robotę na majątku w Koniecwałdzie, gdzie właścicielem był pan Stermer. Jak miałem 12 lat czasem zastępowałem ojca w pracy. Do szkoły podstawowej chodziłem do Koniecwałdu, nauczycielem był pan Krill, wcześniej nazywał się Krynecki. Pamiętam, jak w lipcu 1944 roku aresztowano w Koniecwałdzie zamachowca na Hitlera Karla Goerdelera. Rozpoznała go służąca w gospodzie w naszej wsi, gdy jadł śniadanie. Jego zdjęcie było opublikowane w gazecie. Powiadomiła policję kryminalną. Zatrzymała go, gdy szedł na stację kolejową do Grzępy. Jako dzieci widzieliśmy, jak go wepchnięto do środka samochodu.
Przez całą wojnę od 1940 roku na majątku Koniecwałd pracowali jako jeńcy wojenni Anglicy. Było ich 40. Co tydzień przyjeżdżał oficer angielski z niemieckim z obozu jenieckiego w Wielbarku. Sprawdzano, w jakich warunkach żyli jeńcy. W soboty na pastwisku rozgrywali mecze piłki nożnej. My, jako dzieci, dostawaliśmy od nich słodycze. W bardzo trudnych warunkach żyli jeńcy radzieccy, jacy znajdowali się w Gościszewie. Z głodu spożywali buraki cukrowe. Jeńcy angielscy nauczyli się szybko niemieckiego. Jeden z nich opowiadał ojcu, jak dostał się do niewoli we Francji.
Jesienią 1943 roku do szkoły przyszli Niemcy i powiedzieli, że będę musiał wozić buraki cukrowe czterokonnym zaprzęgiem na wagony do stacji Gościszewo. Praca była bardzo ciężka, bo wozy zapadały się po osie pod ciężarem w podmokłą polna drogę. W sześć koni trzeba było wyciągać wóz z burakami. Czasem przywoziłem gości bryczką z dworca w Malborku do Koniecwałdu. Przez całą wojnę magazynierem na majątku był Franciszek Ulenberg, był prawie zarządcą.
Na zakupy do Sztumu jeździł ojciec, bo mama nie znała języka niemieckiego, jedynie kilka słów. Będąc w Sztumie wstępował do miejscowego kina, znajdującego się przy rynku, bo był zapalonym kinomanem. Kino prowadziło starsze małżeństwo, nie mieli dzieci. Oni od ojca dostawali chleb, za to mógł oglądać filmy. Czasem mnie zabrał. Starsza pani mówiła do mnie, abym się uczył, to może będę mógł u nich pracować. Niedaleko kina był sklep pana Blocka. Raz zapytał mnie, co chcę kupić. Wskazałem butelkę, okazało się, że tam był sok wiśniowy.
Gdy nadchodził front, musieliśmy załadować na wozy najpotrzebniejszy dobytek. Było nas ośmioro rodzeństwa i rodzice. W Malborku most był zatarasowany uciekinierami, po zamarzniętym Nogacie przeprawiliśmy się na drugą stronę. W końcu dotarliśmy do wsi Kolbudy na Kaszubach. Zatrzymaliśmy się u jednego gospodarza Niemca. Tu zetknęliśmy się z Rosjanami. Żołnierze rosyjscy zabrali ojca ze sobą, znalazł się w Rosji, dopiero po kilkunastu miesiącach wrócił do nas. Mama zdecydowała się na powrót, ale most na Wiśle był zniszczony. Jeden rybak na dwóch łodziach przewiózł nas na drugi brzeg do Piekła. Udaliśmy się z mamą najpierw do Czernina, ale tam nie było warunków do życia. Mama wysłała mnie do Koniecwałdu, bym sprawdził, jak tam wygląda sytuacja. Mieszkanie nasze było wolne i tu się przenieśliśmy wiosną 1945 roku. Na majątku gospodarowali Rosjanie, zaopatrywało gospodarstwo w środki żywnościowe garnizon rosyjski stacjonujący w Malborku. Rosjanie uprawiali dużo kapusty. Maszynę do jej krojenia zrobił miejscowy kowal Niemiec Penter. Rosjanie go pochwalili że taki zuch, bo ułatwił szybsze krojenie kapusty.
Po wojnie warunki życiowe były bardzo trudne, brakowało wszystkiego. We wsi pracował młyn pełną parą. Młynarzem był pan Iwicki. Od niego dostałem worek mąki, ale zanim go dowiozłem, kilka razy spadł mi z sanek. Wcześniej jeden Rosjanin, mieszkający obok nas, prosił mamę o przygotowanie mu czegoś do jedzenia. Powiedziała, jak przyniesie mąkę to przygotuje. Poszedł do młyna, pozamiatał z podłogi mąkę, otręby ze sznurkami od worków i to wszystko przyniósł. Mama przesiała przez sito i upiekła chleb. Wyrósł mocno, smakował mu, ale mówił, że w zębach miał dużo piasku. Następnym razem przyniósł dobrą mąkę.
Tata po powrocie z Rosji pracował na kolei w Gościszewie z panem Szwochem. Byli pierwszymi kolejarzami. Ja też dwa lata tam pracowałem. Następnie podjąłem pracę w gospodarstwie rolnym, gdy Rosjanie opuścili Koniecwałd. Początkowo pracowałem przy koniach. Pan Stanisław Przeniewski namówił mnie, abym zrobił prawo jazdy na samochód. Wcześniej zdałem zaocznie egzamin ukończenia siódmej klasy szkoły podstawowej. Wysłano mnie do Szkoły Mechanizacji Rolnictwa w Kwidzynie i tam zdobyłem uprawnienia do kierowania różnymi pojazdami. Przez 17 lat byłem traktorzystą, przez następne 20 kierowcą. Kierownikami zakładu rolnego w Koniecwałdzie byli pan Przeniewski, Pietruszka, Bystroń, Sarnowski.
Na emeryturze jestem od roku 1990.
JADWIGA ZIMIŃSKA
Urodziłam się 13 lipca 1934 roku w Rogóźnie powiat Pułtusk. Po wojnie przyjęto mnie do 3 klasy szkoły podstawowej. Chodziłam 3 kilometry piechotą do miejscowości Osina, potem do Bielina. Klasy były w izbach wiejskich. Nauka rozpoczęła się w lutym 1945 roku. Klasy były łączone w dwie. Do szóstej klasy rodzice wysłali mnie do Łaska koło Łodzi. Tu mieszkała rodzina mojej mamy. Ja miałam pomagać cioci w wychowywaniu jej dwóch córek. Tęskniłam za domem i do siódmej klasy chodziłam do wsi Drozdowo. Mieszkałam u dziadków.
Do szkoły średniej liceum ogólnokształcącego poszłam do Pułtusk,a maturę zdałam w 1952, ukończyłam też roczny kurs pedagogiczny i dostałam nakaz pracy do szkoły w Uśnicach powiat Sztum. Początkowo były tylko 2 izby, a szkoła była sześcioklasowa i dwóch nauczycieli. Był to dawny budynek szkoły niemieckiej. Nie było w nim prądu do 1960 roku. Po dwóch latach przyszedł nowy nauczyciel Bronisław Podgórski, absolwent Liceum Pedagogicznego w Lęborku. Został on kierownikiem szkoły, stała się ona już siedmioklasową. Pracowała ze mną koleżanka Barbara Bulkowska. Uczyłam języka polskiego, rysunków, plastyki i matematyki zarówno w Uśnicach, jak i Koniecwałdzie. W tych wsiach była ludność autochtoniczna, znała język polski, jak przybyłam. Sporo też było ludzi z akcji „Wisła”. Ludność miejscowa szybciej integrowała się z ludnością napływową niż tymi z akcji Wisła. Mieszkańcy Uśnic zapraszali nas na różne uroczystości do swoich domów. Często organizowano wieczorki taneczne.
Do Koniecwałdu przeprowadziłam się w roku 1964. W nowym miejscu zamieszkania i pracy nie było już takich kontaktów międzyludzkich jak w Uśnicach. Nie uczyło się w klasach łączonych. Do piątej klasy przychodziły dzieci z Gronajn. Do obwodu szkolnego wchodziła wieś Koniecwałd, PGR Koniecwałd, leśnictwo Polanka, Goraj, Gronajny. Po roku 1970 sporo mieszkańców wsi wyjechało do Niemiec Zachodnich. Od roku 1964 kierownikiem szkoły był pan Michał Kalińczak. Po nim był Kazimierz Smeja W Koniecwałdzie pracowałam aż do przejścia na emeryturę.
Sołectwo ul. Domańskiego
LASKOWSKI STANISŁAW
Urodziłem się w 1938 roku. Rodzice byli rolnikami, mieszkali pod Rypinem i było nas sześcioro rodzeństwa. Pamiętam, jak Niemcy uciekali w styczniu 1945 roku nocą, rano już byli Rosjanie. Tata mój przez całą wojnę pracował w stoczni w Gdańsku. Po wojnie wracał piechotą do rodziny pod Rypinem. W Sztumie znalazł dobre, opuszczone gospodarstwo znajdujące się przy dzisiejszej ulicy Domańskiego. W Urzędzie Ziemskim w Sztumie zapisał, że chce objąć je na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Z Rypina zabrał brata i siostrę, wrócił do Sztumu na upatrzone gospodarstwo. Po zagospodarowaniu się rodzeństwa, tata wrócił pod Rypin zabrał mamę i moje rodzeństwo. Po dwóch tygodniach z całym dobytkiem załadowanym na wozie, przy którym była uwiązana krowa, dotarliśmy do rodziny gospodarującej na wybranych wcześniej zabudowaniach gospodarczych.
Od jesieni 1945 roku zacząłem chodzić do szkoły podstawowej. Pamiętam nauczycieli jacy uczyli wtedy: kierownik Jan Rutkowski, Joachim Dumalski, Leon Kauczor, Teresa Rajska. Idąc do szkoły, przechodziłem przez rynek miasta. Był on spalony przez Rosjan, jak również budynek Starostwa, szpital mieszczący się gdzie dziś jest Urząd Miasta i Gminy.
Życie było ciężkie, ale powoli się normalizowało. Otwierane były różne zakłady - Spółdzielnia Spożywców Społem, itp. Tata gospodarował do 1953 roku, zmarł przedwcześnie. Główną rolę w gospodarstwie zaczęła odgrywać mama. Wkrótce przekazała gospodarstwo bratu. Drugi brat poszedł do wojska.
Po skończeniu szkoły podstawowej pomagałem mamie i bratu na gospodarstwie do czasu pójścia do wojska. Najpierw służyłem w Braniewie, po przysiędze skierowany zostałem do Sopotu do Kaszubskiej Brygady Wojsk Ochrony Pogranicza. Po powrocie do cywila pracowałem w Powiatowym Związku Gminnych Spółdzielni przez dwa lata. Następnie zostałem malarzem w Punkcie Usługowym na ulicy Lipowej. Później przeniosłem się do pracy w Malborku.
W roku 1962 ożeniłem się i z żoną zamieszkaliśmy w Koniecwałdzie. Kupiłem dom od pani Bagińskiej i mieszkam w nim do dziś. Od ponad dwudziestu lat jestem na rencie inwalidzkiej, ponieważ mam kłopoty z chodzeniem. Rany na nogach są trudno gojące, co jakiś czas muszę iść do szpitala, tam mnie trochę podleczą. Do swojej śmierci pani Bagińska miała swój oddzielny pokój w naszym domu. Dokument prawa własności do tego budynku posiadam, jest to pismo spisane po niemiecku bo pani Bagińska dom kupiła przed wojną. U notariusza musiałem przedłożyć jego tłumaczenie. Przetłumaczył tłumacz przysięgły Lucjan Tomaszewski ze Sztumu.
Mój najstarszy brat w czasach stalinowskich jako syn kułaka został zabrany do pracy w kopalni Bobrek w Bytomiu, gdzie odbywał służbę wojskową. Warunki pracy w kopalni były bardzo ciężkie. Razem z bratem w tej kopalni pracował syn Franciszka Bartscha, był to nasz sąsiad, mający gospodarstwo niedaleko naszego przy ulicy Domańskiego.
Sołectwo Sztumskie Pole
GERARD BORCHARD
Moi rodzice poznali się w Sztumie, dokąd przybyli za pracą. Ojciec Franciszek był pracownikiem budowlanym, mama Klara z domu Dembek prowadziła dom. Mieszkaliśmy przy ulicy Toruńskiej - po II wojnie otrzymała nazwę Lipowa. Ja urodziłem się w roku 1933. Na przełomie lat 1937/1938 przeprowadziliśmy się na Sztum Pole, gdzie mieliśmy dom i 2 ha ziemi. Tata wydzierżawił trochę ziemi, mieliśmy dwie krowy, świnie, 20 owiec. Te ostatnie były wypasane w lesie, przez co trawy nie były zarastane krzakami samosiejkami. Przez pierwsze 4 lata nauki chodziłem do szkoły w Sztumskim Polu. Od 5 klasy w roku 1943 chodziłem do Sztumu. W dzisiejszym Zespole Szkół Kasprowicza na parterze była Haupt Schule. Do niej wchodziło się od strony ulicy Kasprowicza. Na wyższych piętrach pierwszym i drugim była tzw. „Napola”. Ze mną do tej szkoły chodzili koledzy ze Sztum Pola Zygmunt Włodarczak i Paweł Gołąbek. Nasza szkoła korzystała z górnej sali gimnastycznej. Na dole ćwiczyli uczniowie „Napoli”. Poziom nauki był wysoki. W domu mówiło się po polsku i niemiecku. Ojciec mój urodził się już w Toruniu, bo tam przenieśli się dziadkowie. Jego kuzynem był kapitan Żeglugi Wielkiej, autor książki „Znaczy Kapitan”.
Pamiętam, jak Sztum w roku 1945 był wyzwalany. Pod koniec stycznia 4-5 żołnierzy niemieckich szło w kierunku Białej Góry. Pół godziny później jadą sanie, a na nich w białych ochronnych ubraniach żołnierze rosyjscy. Jeden z nich znał niemiecki i zapytał nas, czy widzieliśmy Niemców. Powiedziałem, że kierowali się do Białej Góry. Nam dzieciakom dali po cukierku. Na drugi dzień przyjechały ciężkie ciągniki z armatami i zaczęli rozstawiać je w kierunku na Malbork i rozpoczęli go ostrzeliwać tak, że ziemia trzęsła się od wystrzałów. Nam i pozostałym mieszkańcom nakazali opuścić nasze domostwa. W końcu znaleźliśmy się w Sadłukach u rodziny Witolda Ścisłowskiego. Sąsiedzi znaleźli się w okolicznych wsiach -Cygusy, Klecewo.
W Sadłukach maruderzy rosyjscy postrzelili Henryka Ścisłowskiego, szukali ciągle zegarków, chcieli nam je odebrać, byli zawsze pijani. Jeden pijany sołdat otworzył ogień i paru bezbronnych ludzi zostało zabitych i rannych. Polski robotnik przymusowy, jaki pracował w czasie wojny w Sadłukach, pobiegł do komendantury rosyjskiej w Mikołajkach i powiedział, co się stało. Natychmiast przybyła na koniu pani oficer i czterech żołnierzy gazikiem. Po śladach, jakie zostawili ci maruderzy odnaleziono ich. Po rozpoznaniu ich, że to oni dokonali mordu, wyciągnęła pistolet i sama ich zabiła. Ciała włożono do samochodu i wywieziono. Gdzie pochowano, tego nie wiem.
W tej strzelaninie zostałem ranny w rękę, przez prawie miesiąc leżałem w lazarecie wojskowym w Mikołajkach. Gdy wracałem do Sadłuk, dostałem worek, w którym była czekolada, ser, suchary oraz ciepła czapka na głowę. Dzięki rodzinie Ścisłowskich żyło nsm się znośnie. Był porządek, chociaż czasami pojawiali się jacyś maruderzy. Z opuszczonych gospodarstw w Sadłukach razem z siostrą przynosiliśmy zboże, jakieś środki żywnościowe. W niektórych zabudowaniach gospodarczych znajdowaliśmy nieboszczyków. Później wszystkie zebrane szczątki zostały pochowane.
W maju 1945 roku otrzymaliśmy pozwolenie na powrót do własnego domu. Był on przez ten okres naszej nieobecności dewastowany, rosyjscy żołnierze palili na środku pokoju drzewo, chociaż były piece, ale ich nie umieli obsługiwać.
Ojciec Franciszek od 1938 roku był wzięty do niemieckiego wojska i służył do 1943. Walczył we Francji, Norwegii na froncie wschodnim. Został zwolniony po otrzymaniu wielu ran. Jako inwalida nie mógł już pracować, główne obowiązki spoczywały na mamie i dzieciach. Będąc w Sadłukach brał leki ze względu na swój stan zdrowia. Z nich też korzystał Henryk Ścisłowski, postrzelony, o czym już mówiłem. Po powrocie do domu pomagał przymusowym robotnikom polskim, jacy byli w Sztumskim Polu.
Po wyzwoleniu w Sztumie, gdzie dziś jest budynek rehabilitacji, był Dom Dziecka. Dzieci między sobą rozmawiały po rosyjsku, polskiego zaczęły dopiero się uczyć. Między tutejszymi dziećmi, a przyjezdnymi była większa komitywa niż z tymi z Domu Dziecka.
Do szkoły poszedłem po letnich wakacjach. Kierownikiem był pan Rutkowski, nauczycielami pani Rajska, pan Dumalski, pan Kauczor. Na kurs repolonizacyjny nie musiałem chodzić, byłem jedynie trzy tygodnie, bo wszystko umiałem. Było nas kilku kolegów ze Sztumskiego Pola znających język polski.
Od 1946 roku w Sztumie stacjonowało wojsko polskie na terenie więzienia. Rosyjska komendantura początkowo mieściła się przy obecnej ulicy Baczyńskiego, później ulokowano w budynku przy obok dzisiejszej Biedronki.
Jako młody chłopak w roku 1948 zacząłem grać drużynie piłki nożnej Gryf. Grali w niej Franciszek Baumgart, Lucjan Tomaszewski, kolega Rygielski, Wiczanowski.
Do pracy poszedłem w marcu 1948, pracowałem przy budowie drogi powiatowej Malbork –Dzierzgoń. Od 1949 roku znalazłem się w organizacji Służba Polsce. Powiat sztumski miał największą kompanię pracującą w Siemianowicach. Byli ze mną koledzy ze Sztumskiego Pola Jerzy Kamiński, Jerzy Lic, Hubert Taplik, Horst Maj, Jerzy Stepnakowski, Jerzy Badziong, Dłuszko.
Po powrocie do Sztumskiego Pola pracowałem na gospodarstwie rodziców, potem u pana Górskiego w tartaku, w stolarni u pana Klina, Gdańskiej Fabryce Mebli i Przedsiębiorstwie Obróbki Metali. W międzyczasie ukończyłem studia w Akademii Techniczno Rolniczej w Bydgoszczy.
Mój ojciec miał w swoim ciele wiele odłamków z czasów II wojny, gdy zaczęły się ruszać, znalazł się w szpitalu na oddziale rehabilitacji w Sztumie. Tam jeden z pracowników poradził, aby napisał list do Niemiec Zachodnich, że jest byłym żołnierzem i prosi o pomoc w wyjęciu tych odłamków. Niemcy odpisali, że zrobią mu operacje w Niemczech, gdy przyjedzie.
Tata zmarł w roku 1994. Od kilkunastu lat jestem na emeryturze.
Sołectwo Nowa Wieś
EWA WIŚNIEWSKA
W Nowej Wsi mieszkam od roku 1975, wcześniej z mężem Piotrem od urodzenia mieszkałam w Pułkowicach. Moja teściowa Apolonia Wiśniewska z domu Majewska urodziła się w Nowej Wsi. Rodzina Majewskich mieszkała w tej wsi od dziada pradziada. Gdy brat męża Oskar wyjechał z rodziną do Niemiec Zachodnich, my z mężem przeprowadziliśmy się na ojcowiznę teściowej. Jej brat Józef Majewski mieszkał w Nowej Wsi do śmierci, nie chciał wyjeżdżać do Niemiec, zmarł w roku 1975, mając 82 lata i pochowany jest na cmentarzu w Postolinie.
Dwie siostry teściowej po I wojnie światowej wstąpiły do Zakonu, jedna miała imię zakonne Agatonia. zamieszkała w miejscowości Zanten w Niemczech, druga Pacyfica była w zakonie w Ornecie w Prusch Wschodnich. Teściowa miała jeszcze jedną siostrę i trzech braci: Józefa, Piotra, Władysława. Ten ostatni poległ podczas II wojny na froncie wschodnim.
Z rodziny mojej mamy Marii Kwela: wuj Ludwik przed wojną uczeń polskiego Gimnazjum w Kwidzynie został zabrany do wojska niemieckiego, jak skończył 16 lat. Walczył na Ukrainie i tam dostał się do niewoli. Wrócił do rodziny dwa lata po zakończeniu II wojny światowej. Do Grudziądza dojechał pociągiem, dalej do Pułkowic szedł piechotą. Bał się, że może zginąć, gdy w Brachlewie pod mostem kolejowym ktoś do niego zaczął strzelać. Jak doszedł do krewnych Majewskich i zapukał do drzwi, nie chcieli go wpuścić, bo był chudy, zawszony, zarośnięty w łachmanach. Powiedział, że nazywa się Ludwik Kwela, dopiero wtedy go wpuścili. Jego rodzice, jak go zobaczyli, kazali na podwórzu zdjąć ubranie, w którym przyszedł. Zaraz zostało spalone. W domu przygotowano kąpiel, został ogolony i dopiero wyglądał jak człowiek. Drugi brat mamy Jan z wojny nie wrócił, nie wiadomo gdzie zginął.
Po wojnie w ramach akcji „Wisła” osiedlono kilka rodzin ukraińskich z Bieszczad. Mało zostało rodzin, jakie mieszkały w tej wsi jeszcze przed wojną: Papliński, Spiner, Szramowski, Ligman, Szynkowski. Sporo wyjechało do Niemiec Zachodnich po roku 1970.
Pamiętam, jak do pracy w gospodarstwie rolnym w Pułkowicach przywoziło się ludzi z Nowej Wsi konnym wozem. Najczęściej 5-6 pracowników, później dowożeni byli traktorem. W latach 50 -60 XX wieku warunki życia były bardzo ciężkie dla rolników i nie tylko. Można powiedzieć, że była bieda. Władze państwowe nałożyły na rolników obowiązek dostarczenia państwu tzw „obowiązkowych dostaw”, czyli płodów rolnych : pszenica, jęczmień, żyto , trzodę chlewną, za które płacono bardzo niską cenę. Dopiero po dostarczeniu państwu „obowiązkowych dostaw” można było nadwyżkę zboża sprzedać po wyższej cenie, gdy zostało coś w gospodarstwie, po wydzieleniu i przeznaczeniu części zbóż na przyszłoroczne zasiewy oraz dla inwentarza żywego znajdującego się w gospodarstwie.
Widoczna poprawa warunków pracy i życia nastąpiła po roku 1970, wtedy można było kupić sprzęt rolniczy, traktor, samochód, zniesione zostały „obowiązkowe dostawy”.
Sołectwo Piekło
KS. STEFAN STANKIEWICZ
Urodziłem się w roku 1937 w miejscowości Pilzno w Małopolsce. Rodzice mojej mamy Katarzyny byli rolnikami. Mój ojciec Wilhelm był rzemieślnikiem, trudnił się kołodziejstwem i bednarstwem. Rodzina ze strony ojca była bardzo liczna - 14 dzieci. Moi rodzice mieli troje dzieci - dwie siostry i ja. Mój wujek Stanisław Westfalowicz był artystą malarzem, miał zostać rozstrzelany w Katyniu. Znalazł się w Armii Andersa, z którą przedostał się na Bliski Wschód. Po wojnie wrócił do Polski. Po kilku latach osiedlił się w Pilźnie na ojcowiźnie żony, by następnie po wybudowaniu domu zamieszkać w Tarnowie. Do dziś posiadam trzy obrazy wujka, przedstawiające miasteczko Pilzno.
Pod koniec wojny zacząłem chodzić do szkoły, nauka odbywała się po polsku, bo to była Generalna Gubernia. W budynku szkolnym w Pilznie była siedziba sztabu niemieckiego, a nauka odbywała się w domach prywatnych. W szkole mieszkał tylko kierownik szkoły Adam Józef Radoniewicz, były legionista wojsk Józefa Piłsudskiego w czasie I wojny światowej, stary doświadczony pedagog.
Gdy nadchodził front od wschodu, zostaliśmy przymusowo wysiedleni do Tarnowa. Na dwóch furmankach znalazł się nasz dobytek i zamieszkaliśmy u stryja na ulicy Dworskiej. Zaraz po wyzwoleniu wracaliśmy do Pilzna. Ze względu na zniszczone mosty musieliśmy przemieszczać się okrężnymi drogami. W domu znaleźliśmy się, gdy jeszcze trwały działania wojenne.
Szkołę podstawową i średnią ukończyłem w Pilznie. Maturę zdałem w roku 1955 i zdecydowałem się wstąpić do Seminarium Duchownego w Tarnowie, ale naukę podjąłem w świeżo otwartym Seminarium w Oliwie. W roku 1966 zostałem wyświęcony na księdza. Pierwszą placówką duszpasterską były Mątowy Wielkie, następnie w Gdańsku kościół św Barbary, Sobowidz, Żuławki koło Stegny, Gdańsk Św.Wojciech, Pręgowo Gdańskie i Piekło.
W tej ostatniej parafii pracuję od roku 1985 roku. Kościół w Piekle był zawsze katolickim, podlegał diecezji gdańskiej na terytorium Wolnego Miasta Gdańska. W 1918 roku ksiądz Kolessa urządził w dużym domu przy szosie kaplicę i w trzecią niedzielę miesiąca odprawiał tam nabożeństwa.
Budowę kościoła rozpoczęto w roku 1925, poświęcenia dokonał biskup gdański Edward Aleksander O’Rourke. Nastąpiło ono w czerwcu 1928 roku. Dużym szacunkiem wiernych cieszył się ks Paweł Knitter, budował on kościół i plebanię. Z pochodzenia był Niemcem, ale do Polaków nie miał nienawiści, prawdziwy Sługa Boży. Został ukamieniowany po wojnie. Był tłumaczem sądowym w Nowym Dworze Gdańskim. Było posądzenie, że ktoś przez niego miał zostać straconym.
Z opowieści najstarszych ludzi, jak pani Hildegarda Borzechowska - obecnie Kania, wiem, że przed wojną mieli tu bardzo ciężkie życie jako Polacy. Mieszkali niedaleko polskiej szkoły, często w ich domu Niemcy wybijali szyby, w ten sposób dokuczali rodzinie mieszkającej w małej izdebce. Polską rodziną była rodzina Sylwestra Domańskiego. Na jego działce została wybudowana w 1937 roku polska szkoła i przedszkole. Placówką kierował nauczyciel Hinc. Do najstarszych rodzin żyjących przed wojną należała rodzina Wenskowskich, Zielińskich. Pani Zielińska pamięt,a jak w Piekle pracował jeden zakonnik pallotyn, imienia już nie pamięta.
Gdy wybuchła II wojna wielu mieszkańców wioski powołano do wojska niemieckiego. Niektórzy nie wrócili z wojny. Jeden z mieszkańców Piekła pan Erwin Libich służył w Armii von Paulusa pod Stalingradem, gdzie dostał się do niewoli w roku 1943. Przed wojną wyuczył się zawodu kowala. W Rosji pracował przy konserwacji samolotów. Około 1949 roku wrócił do Piekła i mieszka do dziś. Po wojnie musiał jeszcze raz zdawać egzamin z kowalstwa przed polską komisją, tak że ma dwa dyplomy polski i niemiecki z jednej profesji.
Sołectwo Uśnice
MARIA ZAKRZEŃSKA
Urodziłam się w roku 1933 w Łomży. Moimi rodzicami byli Maria z domu Daab i Czesław Młot Fijałkowski. Tata był generałem Grupy Operacyjnej Narew podczas II wojny. Wcześniej dowodził jednostką wojska polskiego w Łomży. Miałam jeszcze starszego brata Adolfa. W Łomży mieszkaliśmy do września 1939 roku. Ojciec dostał się do niewoli po stoczeniu ostatniej bitwy w kampanii wrześniowej 3-5 października pod Kockiem, gdzie wspólnie z generałem Franciszkiem Kleebergiem walczyli z przeważającymi siłami niemieckimi. Internowano ich w obozie jenieckim Murnau w Bawarii. Tam zmarł w 1944 roku.
Po wojnie mama podjęła pracę jako księgowa w Państwowym Gospodarstwie Roślin na Kujawach, zajmowano się tam uprawą ziemniaków. Następną pracę podjęła w Tuchułce i Kopytkowie na Pomorzu. Jako młoda dziewczyna zamieszkałam u cioci w Sopocie, uczęszczając do gimnazjum. Po maturze z racji pochodzenia nie dostałam się na studia. Polubiłam życie i pracę na wsi i dla tego, gdy dowiedziałam się o kursie kierowników Wylęgarni Drobiu w Pruszczu Gdańskim zgłosiłam się na ten kurs.
Po jego ukończeniu dowiedziałam się, że Wylęgarnia w Sztumie poszukuje pracownika. I tu zostałam skierowana w 1952 roku. Była to najmniejsza Wylęgarnia Drobiu w województwie gdańskim, znajdowała się na ulicy Jagiełły na Przedzamczu. Wcześniej miała lokalizację w Zajezierzu w dworku Donimirskich. Był on już podupadający, to samo było z zabudowaniami gospodarczymi. Zarząd Powiatowy chciał za symboliczną złotówkę kupić upadający dworek i zrobić tam dom wypoczynkowy dla dzieci. W parku odbywały się wystawy rolnicze, pokazy inwentarza żywego: koni, krów, owiec, trzody chlewnej. W otoczeniu czterech starych lip znajdowała się figura Matki Boskiej. Nazywano ją Matką Boską Donimirską. Obecnie figurę można zobaczyć na cmentarzu przykościelnym św.Anny, gdzie jest grobowiec rodziny Donimirskich z Zajezierza. (Gdy pracowałam w Wylęgarni Drobiu figura już znalazła się na cmentarzu.)
Przez sześć lat pracowałam w tej instytucji, tu też poznałam mojego męża Andrzeja. Moją koleżanką w pracy była Jadwiga Czajka, później przez wiele lat pracowała w recepcji Hotelu Centralnego, dziś Baster. Zimą musiałam jeździć do gospodarzy i badać, czy kury nie są chore. Pobierałam krew do badań na tzw białą biegunkę. Czasem musiałam nocować u gospodarzy, komunikacja z poszczególnymi wsiami była słaba. Jeździłam do Nowego Targu, Starego Targu, Mikołajek, Trop, w okolice Dzierzgonia.
Ślub wzięliśmy w roku 1958. Mąż na ziemię sztumska przybył w roku 1950. Pierwsze leśnictwo, na jakim zamieszkaliśmy, nazywało się Jeziorki – później, nie wiem dlaczego, przekształcono na Karolewo. W Jeziorkach mieszkaliśmy przez 5 lat, następne leśnictwo to Wilki, gdzie mieszkaliśmy przez 24 lata. Często odwiedzał nas brat stryjeczny męża Janusz Zakrzeński, znany aktor polski.
Wśród rodzin leśniczych w powiecie sztumskim byli Zającowie na Wilkach, potem w Sarnowie, Mikołajczykowie na Wydrach, Krawcowie na Polankach koło Grzępy. Raz w miesiącu, oprócz imienin, wzajemnie się odwiedzaliśmy. Wszyscy byliśmy w tym samym wieku. Mąż był zapalonym myśliwym, świetnie strzelał, tak samo, jak mój ojciec. Mieszkając w leśniczówce, miałam sporo wolnego czasu. Mogłam poświęcić się pasji, jaka było czytanie książek. Wypożyczałam po 20 książek. Mąż je odbierał od pani Janiny Ludwik. Na mojej karcie wypożyczeń była adnotacja: „Nie wysyłać upomnień”.
Mąż przed pójściem na emeryturę postanowił wybudować dom z drewna, taki, w jakim urodził się w Gałęzowie, powiat Bychawa, województwo lubelskie. Tamten zbudowany był z modrzewia i według tradycji miał sobie liczyć 600 lat. Po II wojnie umieszczono w nim szkołę. Dopóki ona tam istniała, dom jakoś się trzymał. Po przeniesieniu szkoły do nowych pomieszczeń. dom popadł w ruinę. W Parparach zamieszkaliśmy w roku 1986.
18 czerwca 2012 zostałam zaproszona do stolicy na uroczystość 220 rocznicy ustanowienia orderu Virtuti Militari przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. W pałacu prezydenckim największe wrażenie zrobiły na mnie piękne bukiety kwiatowe. Organizatorowi spotkania powiedziałam, że jestem córką generała Czesława Młota Fijałkowskiego, który z trzema braćmi za udział w walkach w czasie I wojny światowej i bolszewickiej otrzymał Virtuti Militari. Był to ewenement w dziejach nadania tego medalu za męstwo na polu bitwy, aby w jednej rodzinie było czterech posiadaczy zaszczytnego odznaczenia.
ANNA CHWIAŁKOWSKA
Do Parpar przyjechaliśmy w maju 1947 roku. Miałam wtedy 15 lat. Pochodzę z Pomorza, z chojnickiego. Na początku było tu okropnie. Dom był, ale bez drzwi, nie było okien, zaśmiecony, pełno chwastów. Żeby tu porządek zrobić, to musiałam się napracować, bo byłam wcześniej tutaj niż mama. Była wdową, miała nas czworo i pomału wszystko porządkowaliśmy. Jak przyjechaliśmy, domy puste zostały. Mój brat z sąsiadem przyszli tu w tym samym czasie, co my, to zajęli domy, powoli inni przychodzili. Na Dolne Uśnice przyszli ludzie zza Buga i tak wioska z czasem się zapełniła. Bo tak jak przyszliśmy, to było mało, tylko tutejsi mieszkańcy.
Z tutejszych pamiętam Antoninę Rech, Leokadię Durał, Szyngwelskiego, Karczewskich. Przeważnie na Parpary przyszli ludzie z Pomorza. Tu nie było wtedy dużo domów. Jeden dom był na skarpie, to później rozebrany został, bo każdy sobie wziął co chciał na budowę i sobie sam pobudował. Z początku ludzie się trochę siebie bali, nie wychodzili za dużo. W Parparach mieszkała jedna rodzina, która się nawet nas bała, że my z Pomorza, że coś im zrobimy i wyprowadzili się dalej.
Jak już miałam swoje lata, 18-19 lat, to wyszłam za maż i było już wtedy lżej. Po wodę musieliśmy chodzić aż pół kilometra, do Durałów, bo pompa na osiedlu była głębinowa, ale nie szło wody z niej nabrać.
Ludzie spotykali się nad Nogatem. Tam była taka plaża, tam przychodzili ludzie. Pepliński harmoszkę miał, Łącki skrzypce, śpiewali, dzieci się kąpały i było bardzo wesoło. U Nieradki w Uśnicach odbywały się zabawy. Tam była świetlica z dużą salą i sceną. Później już telewizory nastały i ludzie się tak nie spotykali. Teraz tam już jest las nad Nogatem.
Mieliśmy łódkę i przepływaliśmy na drugą stronę do Pogorzałej Wsi na zabawę. Po sześć osób na łódkę wchodziło i się płynęło. Ja sama przewoziłam ludzi łódką, nie bałam się. Do kościoła na początku też pływaliśmy do Pogorzałej Wsi łódką. Później już nie było wolno łódki mieć, był zakaz przewożenia.
Pewnego razu jedni kupili świniaka z Pogorzałów do zabicia. Wzięli świnię do łódki i ta świnia z tej łódki im wypadła do wody. No i co mieli zrobić? Zarżnęli tę świnię w wodzie i taką przywieźli do domu. W Pogorzałej Wsi więcej było tutejszych Niemców. I dziewczyny stamtąd przychodziły tutaj za polskimi chłopakami. Spotykali się ze sobą, niektórzy się pożenili.
Pamiętam wypadek na Nogacie młodego chłopaka, Adolfa Bytnera, który pracował w Pogorzałej Wsi na sezonie przy burakach. Przepływał przez rzekę do domu, zaplątał się w zielsko i się utopił.
W innym wypadku zginęli Bieliński i Trzebiatowski. Oni pracowali w Malborku i chcieli przejść przez lód, wzięli siekierę i stukali w lód, żeby przejść. Weszli w takie miejsce, gdzie był wir i lód był słaby. Trzebiatowskiego znaleźli po kilku dniach przy śluzie aż pod Malborkiem, a Bielińskiego nie mogli znaleźć, aż w końcu znaleźli go w tym miejscu, w którym lód się załamał.
Moja mama zbierała i sprzedawała zioła: dziką różę, tatarak znad Nogatu. Tatarak to szedł aż za granicę, bo jakieś olejki z niego wytwarzali. Tatarak trzeba było oczyścić, wysuszyć, pokroić na takie sznycerki. A dziką różę po zebraniu trzeba było przekroić, ziarnka ze środka wydrążyć i też wysuszyć. W Sztumie na Przedzamczu, tam gdzie młyn był, tam skup był, z Kwidzyna przyjeżdżał, albo przyjeżdżał do nas i stąd zabierał. Jagody i grzyby woziliśmy aż do Malborka na rynek, bo tu nie było na początku żadnego skupu. Później Ida Szlosman zaczęła tu przez krótki okres skupować szyszki i jagody, a tak to tylko do Malborka się woziło. Najlepszy utarg był na rynku w Malborku z jagodami. Często jeździliśmy, mojej mamie raz nawet ukradli portfel i dowód. Z tego właśnie się żyło, z grzybów, jagód.
Mężczyźni przeważnie pracowali w lesie. Robili żywicowanie drzewa. Drzewa były nacinane w odpowiedni sposób i żywica ciekła. Mój brat wyjechał do Spotu do pracy i stawiał molo. Był kafarzystą i wbijał drewniane pale.
Ida Szlosman, to była Litwinka, chłop-baba, chodziła w spodniach, nie mówiła czysto po polsku, miała konia i wóz i jeździła często na Wielbark po sadzonki do lasu, to był jej zarobek. Miała kiedyś rozprawę w Malborku i sędzia mówił, że kara będzie w zawieszeniu, a ona mówi „To mnie zaraz będziecie wieszać?! Ja muszę najpierw konia do domu odprowadzić, a później mnie wieszajcie!”.
Kiedyś istniało koło gospodyń wiejskich, przeszło 30 kobiet do niego należało, mieliśmy wycieczki, np. do Częstochowy, różne kursy, np. gotowania. Koło prowadziła Teresa Stępień, ale jak zmarła to się wszystko rozpadło. Dzięki Teresie coś się działo, dużo zwiedziliśmy.
Jeden sklep był w Parparach i prowadził go Całka, później przez długie lata prowadziła sklep Marta Ossowska. Pamiętam jak nastały pierwsze telewizory. Tu jeszcze nikt nie miał telewizora, ale na Węgrach mieli telewizor i my tam chodziliśmy. Była taka Kaszubowska i opowiadała o tym telewizorze, że tam wszystko widać, że ludzie w nim rozmawiają, na początku nikt nie wierzył! A pierwszy telewizor na osiedlach w Parparach miał sąsiad Jasiu Małochwiej.
JAN MAŁOCHWIEJ
Jakieś dwa, trzy lata po wojnie pracowaliśmy zimową porą w lesie. Wycinaliśmy żerdzie, a mróz był minus 27 stopni. Płacili nam mało, bo tylko 500 złotych na miesiąc, a gumiaki też kosztowały 500 złotych. Te gumiaki po dwóch tygodniach się darły. Trochę żywności dawali, kaszankę w puszkach. Mieliśmy siekiery i ręczne piły.
W lesie po wojnie było dużo pocisków. Raz w robocie szykowaliśmy się na obiad i zrobiliśmy ognisko. Oprócz mnie był tam wtedy mój ojciec Karol Małochwiej, mój starszy brat Franciszek, młodszy brat Alojzy i jeszcze Tadeusz Umiński. Chlebaki i kawę postawiliśmy najpierw wokół ognia i tam pocisk musiał być na dole, pod tym ogniskiem. Wszystko wybuchło! Wszystkie torby poszły do góry! A ojciec wziął kija i zaczął nas gonić, bo myślał, że specjalnie włożyliśmy ten pocisk w ogień. A my go wcale nie włożyliśmy. Gdybyśmy kilka minut wcześniej podeszli do tego ognia, to byśmy wszyscy zginęli! Jak szykowaliśmy ognisko to wcześniej siekierami „dziubaliśmy” ziemię, sprawdzaliśmy, czy tam czegoś nie ma, bo zawsze tak trzeba było zrobić. Ten pocisk musiał być głęboko i tak się rozgrzał. Może był zapalnikiem do góry? To było na Wilkach i wcale nie głęboko w lesie, tylko na drodze. Nikt z nas nie myślał, że tam może być pocisk, bo nie było żadnych znaków. Dopiero parę lat później saperzy zbierali pociski aparatami, ale jak my pracowaliśmy w lesie, to nie było nic zbierane.
Sołectwo Sztumska Wieś


EMIL KLINGENBERG
Urodziłem się 25 listopada 1939 roku w Sztumskiej Wsi. Rodzicami byli Emil i Maria Klingenberg z domu Szypniewska. Było nas dwóch braci - starszy Hubert urodzony w 1937 został księdzem i zmarł w roku 1996. Brat mojego dziadka Jan Klingenberg miał sklep w Sztumie. Obok sklepu dziadka znajdowało się kino, przy jego wejściu znajdowały się dwa charakterystyczne słupy koloru kawowego, a miałem sześć lat, jak byłem tam pierwszy raz. Jan Klinbenberg namawiał swoją bratanicę, aby nauczyła się języka polskiego, bo należy go znać, gdy przyjdzie do sklepu klient i będzie chciał dokonać zakupów. Moja mama uczyła się języka polskiego w Wejherowie, gdzie siostra dziadka Szypniewskiego była tam zakonnicą. Mama znała polski bardzo dobrze. Znajomość dwóch języków była obowiązkowa w Sztumie, jak ktoś posiadał jakiś sklep przed wojną.
Do końca 1944 roku tu nie było tu żadnych działań wojennych, chociaż od jesieni pojawili się pierwsi uciekinierzy z Prus Wschodnich. Od nich dowiedzieliśmy się, jak Rosjanie postąpili z ludnością cywilną. Po przenocowaniu i otrzymaniu posiłku udawali się w dalszą podróż na zachód. Myśmy nie mogli opuszczać naszej wsi bez otrzymania wyraźnego rozkazu, chociaż od pół roku wóz drabiniasty był przygotowany na natychmiastową ewakuację.
Zimą 1944/1945 tata codziennie jechał na koniu do Białej Góry zobaczyć, czy Wisła już była zamarznięta, by mozna przejść przez rzekę. Na drodze od Sztumu do Białej Góry od stycznia było pełno wozów z uciekinierami. 23 stycznia na naszym podwórzu znajdowało się 11 gotowych wozów by ruszyć w drogę. Od 25 stycznia dni były bardzo mroźne i wielka zamieć. Ojciec powiedział: Nie jedziemy- ruszył front.
Sztum nie był zniszczony, jak wkraczali Rosjanie. Front zatrzymał się pod Malborkiem. Pierwsi żołnierze rosyjscy, jacy się pojawili, brali jedynie chleb lub coś do jedzenia, pytając, gdzie droga na Berlin. Do początku lutego było u nas w gospodarstwie dużo znajomych rodzin z Mikołajek, Sztumu. Z daleka widzieliśmy, jak palił się Sztum. Przed wkraczającymi Rosjanami ze Sztumskiej Wsi uciekło może 5 rodzin ewangelickich, reszta została. Niedaleko naszego gospodarstwa na tzw Byczej Górze Rosjanie zastrzelili 7 osobową rodzinę, bo u nich schroniło się dwóch żołnierzy niemieckich. Uratowała się jedynie jedna dziewczyna, znalazła schronienie w stajni.
4 lutego Rosjanie zabrali ojca i trzech gospodarzy oraz dwóch robotników przymusowych do wykonania jakiś prac mających trwać cztery dni. Gospodarze nigdy już nie wrócili. Po dwóch latach jeden z tych robotników przyjechał do Sztumskiej Wsi, podjąć pracę u nas. Był zdziwiony, że ojca nie zastał. Opowiedział, co się stało i co widział. Rosjanie pędzili piechotą zabranych ludzi aż do Działdowa, skąd ładowali ludzi do wagonów i wywożono do Rosji. On i jego kolega powiedzieli, że są Polakami z okolic Rypina czy Lipna i ich zostawili, ale przez rok musieli pracować dla Rosjan przy załadowywaniu wszystkiego, co zdołali wyszabrować maszyny rolnicze, rzemieślnicze, itp. Gdy mieli ładować meble specjalnie je tak przesuwali na rampie, aby się rozleciały. Mieli wtedy czym opalać swoje pomieszczenie, gdzie mieszkali. Na końcu ładowali szyny kolejowe. Ojciec temu robotnikowi miał przekazać, że są wywożeni do Rosji. Miał do niego zaufanie, jak i jego znajomi.
Mama przez wiele lat nie mogła otrzymać zaświadczenia o śmierci ojca, który byłby podstawą o ubieganie się o rentę po mężu. Zrobiła w końcu wniosek do Sądu Grodzkiego w 1970 roku, ten wysłał list do Sądu w Warszawie. Warszawski skierował wiele takich listów do Moskwy z zapytaniem, czy osoby, o które pytają ludzie w listach, żyją w ZSRR i co się z nimi dzieje. Po trzech latach przyszła odpowiedź z Moskwy, że na terenie ZSRR nie ma osoby o nazwisku Emil Klingenberg. Na tej podstawie Sąd Grodzki w Sztumie wystawił dokument z datą 9 maja 1946 roku mówiący o śmierci ojca. W roku 1975 dostała mama rentę z Niemiec, kilka lat później zmarła 1978.
17 lutego Rosjanie nakazali mieszkańcom Sztumskiej Wsi, Hajn natychmiastowe opuszczenie swoich domów. Rozpoczęli ostrzeliwanie artyleryjskie Malborka, tak że ziemia się trzęsła. Musieliśmy udać się do Mikołajek tzw „Szwedzką drogą”, polną prowadzącą ze Sztumskiej Wsi do gospodarstwa Domańskiego i dalej przez Czernin do Kołozębia. Tu zatrzymaliśmy się w gospodarstwie państwa Krufer, niedaleko Majewskich, było tam już 12 rodzin. Przebywaliśmy dwa tygodnie do marca. Rosjanie pozwolili wrócić do domu, ale w Czerninie mamie zabrali konia. Gdy znaleźliśmy się w domu, mama stwierdziła, że dom nie jest zniszczony, pełno było natomiast brudnych bandaży oraz leżącej słomy, musiał tu być wojskowy lazaret. Dom był pełen wszy. Zresztą wszy też były w szkole to był problem zaraz po wojnie.
Przez pierwsze dwa lata po wojnie, mimo że kościół był we wsi, to mieszkańcy musieli chodzić aż do Benowa. Kościół katolicki był jedynym miejscem, gdzie ludzie miejscowi i przyjezdni z różnych stron kraju znajdowali wsparcie i oparcie. Przed kościołem wszyscy sobie mówili „dzień dobry”, porozmawiali znikała pewna nieufność.
Moja mama uzyskała pozwolenie na uczenie religii przez dwa lata w szkole w Sztumskiej Wsi od księdza proboszcza ze Sztumu Leona Neumanna. Kierownikiem wtedy był pan Leśniewski. Nie znał on języka niemieckiego, którym sporo dzieci się porozumiewało. Ja mówiłem po polsku i niemiecku. Jak w roku 1946 poszedłem do szkoły, mama mówiła mi, że teraz będę się uczył po polsku, ale nie mogę zapomnieć języka niemieckiego. Znam również tzw „mowę sztumską”, czyli gwarę, jaką posługiwali się mieszkańcy tej ziemi.
Początkowo szkoła była czteroklasowa, stopniowo się powiększała o kolejne oddziały. Siedmioklasową była krótki czas. Mój brat Hubert do siódmej klasy chodził do Sztumu. W roku 1946 do Komunii Świętej przystąpiło 16 dzieci, rok później 27.
W roku 1947 trzeba było się zdecydować, czy przyjąć obywatelstwo polskie, czy pozostać przy niemieckim. Dzieci nie występowały o to, jedynie osoby powyżej 18 roku życia. Kto nie chciał, bo uważał się za Niemca, musiał wyjechać do Niemiec. Moja mama zdecydowała się przyjąć od razu, mówiła, gdzie ja z małymi dziećmi mam jechać, skoro rodzina Klingenberg i Szypniewskich jest tu na swojej ojcowiźnie.
Od roku 1949 kierownikiem szkoły był pan Szczepański, pomagała mu pani Penkowska, po wyjściu za mąż Pranczk. Uczyła również religii. Pamiętam, jak na tydzień przed przyjęciem Komunii przyjechał proboszcz Neumann i egzaminował nas. Kolega Hans Dieter Westwater na pytanie księdza, gdzie jest Pan Bóg, wyprostowany, zdecydowanym głosem mówi: W niebie, na ziemi i we wszystkich kątach.
Kierownik Szczepański cieszył się dużym poważaniem. Byłem u niego najlepszym uczniem, mówił mi: Emil, ty idź się uczyć dalej, poradzisz sobie. Ale ktoś musiał zostać z mamą na gospodarce. Często przychodził do nas, bo miał krowę, a żeby się mogła zacielić, musiała być pokryta przez byka z naszego gospodarstwa. Jak zakładano Liceum Pedagogiczne w Starym Targu został dyrektorem. Po nim szkołę objął pan Mateusz Grześkow, znał język rosyjski, uczył nas jego przez pól roku, dobrze znał również język niemiecki. Pamiętam, że w szkole uczyła mnie też pani Alina Kowalik z domu Harczyńska, z nią mieliśmy przez pół roku naukę rosyjskiego, szło dosyć ciężko. Wielu moich kolegów szkolnych pochodzenia niemieckiego po skończonej szkole podejmowało pracę w cegielni w Nowej Wsi, tartaku w Ryjewie. Po roku 1970 sporo z nich zdecydowało się na wyjazd do Niemiec Zachodnich.
Chodząc do szkoły podstawowej, dwa razy w tygodniu jeździłem do Sztumu na naukę gry na pianinie u panie Heleny Radtke. Mama od 1910 grała na tym instrumencie. Jadąc do Sztumu, mama dawała mi czasem jajka, masło, trochę mięsa dla cioci pracującej w Urzędzie Miejskim. Gdy wchodziłem do pomieszczenia, gdzie pracowała, mówiłem: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, bo tak byłem nauczony. Niektórym to się nie podobało. Pamiętam też, że w Sztumie zamieszkało po wojnie dużo mieszkańców z Czerska. Oni szybko się odnaleźli w nowym miejscu, bo potrafili z miejscową ludnością porozumieć się zarówno po polsku i niemiecku.
Czasy powojenne były bardzo ciężkie - w szczególności dwa pierwsze lata. Brakowało wszystkiego. W gospodarstwie, gdy dochowało się inwentarza, ruszyła normalna praca na roli. Ludzie za pracę dostawali najpotrzebniejsze do życia artykuły żywnościowe. Ja do sklepu zanosiłem jajka, za nie otrzymywałem inne potrzebne towary. Na naszym gospodarstwie zawsze było kilku pracowników, mieli stałą pracę. Ludzie szanowali pracę. Wszyscy byli jednakowo traktowani i opłacani, jak ktoś pracował pół dnia, dostał połowę dniówki.
W roku 1962 kupiłem pierwszy traktor, wcześniej orka była wykonywana przy użyciu koni, w gospodarstwie mieliśmy ich zawsze kilka. Pięć lat później kupiłem samochód Warszawa. We wsi jako pierwszy miałem kombajn zbożowy. Gdy u nas wszystko wymłócił, udostępniałem sąsiadom za opłatą. Pomoc sąsiedzka była na porządku dziennym, czasem za udzieloną pomoc przychodzili na tzw odrobek.
W roku 1964 ożeniłem się z koleżanką szkolną Wandą Magdaleną Stefańską, niebawem będziemy obchodzić Złote Gody. Dochowaliśmy się czworga dzieci. Dziś, gdy dzieci przejmują gospodarstwo w pełni zmechanizowane po rodzicach, to jeszcze narzekają. Dawniej rolnik dorabiał się przez kilkanaście lat, zanim osiągnął pewien poziom materialny. Start dzieci w życie jest o wiele łatwiejszy niż, gdy ja przejmowałem samodzielne rządy w gospodarstwie. Będąc już od kilkunastu lat na emeryturze rolniczej, bo córka z mężem prowadzą gospodarstwo, zajmuję się spisywaniem historii rodziny. Rodzina Klingenbergów jest liczna niektórzy zamieszkali w Starym Targu, Pietrzwałdzie, Sztumie, Nowej Wsi, Sztumskiej Wsi. W tej ostatniej było miejsc,e skąd się ten liczny ród wywodzi. Posiadam w swoich zbiorach dokumenty z prawie początku XIX wieku. Jeden spisany jest po polsku przez notariusza, bo niemieckiego nie znała Anna Karolina Klingenberg. Wymawiała sobie dożywocie, gdy pojawiła się nowa gospodyni w gospodarstwie. Prapradziadek Paweł był jednym z założycieli budowy kościoła w Sztumskiej Wsi około roku 1844. Gdy był poświęcany po 1860, już nie żył na gospodarstwie był pradziadek Jan. Gdy siostra mojego ojca Waleria wstępowała do klasztoru i później wyjeżdżała do Ameryki Południowej, przyszła pożegnać się z domem rodzinnym. Poszła do lasu i posadziła w ogrodzie wykopany klon, rośnie on do dziś. Obok niego znajduje się grota, gdzie od 1 maja do 1 listopada znajduje się figura Matki Boskiej. Tę grotę postawiła prababcia, gdy spaliło się gospodarstwo podczas burzy w XIX wieku. Ma ona chronić gospodarstwo. Chroni skutecznie. 10 lat temu w Wielką Środę też wybuchł pożar. Gdy przyjechaliśmy z kościoła zauważyłem, że wydobywa się dym z zabudowania gospodarczego, pobiegłem do stajni zdążyłem otworzyć w ostatniej chwili drzwi resztkami sił i pobiegłem zatelefonować po Straż Pożarną. Sufit betonowy był cały osmolony. Udało się uratować 12 przyczep siana. Przy dogaszaniu pożaru pracowało obok Straży wielu ludzi. Figura nas uratowała i wiara w opiekę boską.
JAN KRUPA
Urodziłem się 30 stycznia 1936 roku we wsi Kopystno. Pochodzę z dawnego województwa lwowskiego, powiat Dobromił. Po wojnie to było województwo rzeszowskie, powiat Przemyśl. Zaraz po wojnie panowała tam partyzantka ukraińska UPA i ludność narodowości ukraińskiej wysiedlono na Wschód. Nas natomiast wysiedlono 15 maja 1947 roku w ramach akcji „Wisła”.
W 1947 roku znalazłem się w Nowej Wsi. Mieliśmy tam duże gospodarstwo 42 hektarowe, w tym sporo lasu. Z tym, że tam mieszkało małżeństwo rodem z „Czortkowa”, bo samo bluźnierstwo tam było, na dziesięć słów osiem było bluźnierczych, no i tłukli się, kamieniami w siebie rzucali. Tata, jak to zobaczył, a nas była siódemka rodzeństwa, postanowił się przeprowadzić.
W 1948 roku tata kupił w Sztumskiej Wsi2,8 haziemi I i II klasy za 28 tys. złotych, czyli za ówczesną miesięczną pensję. Nasz dom to był budynek na wpół wykończony, bez okien, bez tynków, bez podłóg. To miał być wcześniej Jugendheim – Dom Młodzieży, ale Niemcy go nie ukończyli. Tam mieszkałem, dopóki się nie ożeniłem.
Zaraz po wojnie, pomimo że wojna sporo zniszczyła i społeczeństwo było biedne, budynki były w dobrym stanie. Gawroński był ładnie ogrodzony, u Szypkowskich była piękna duża stodoła z trzema klepiskami. Mój brat, siostra i ja chodziliśmy tam na młóckę. Mam świadectwo ze szkoły podstawowej z trzeciej klasy, gdzie było 37 dni nieobecnych w szkole, bo jednego dnia chodziłem do pracy, a drugiego do szkoły. Tata sam pracował, a rodzina składała się z dziesięciu osób, wiec trzeba było dorabiać, żeby jakieś buty kupić i tym podobne rzeczy. Ubranie do kościoła było świąteczne i jak się wracało z kościoła, to ubranie chowało się do szafy i ubierało się robocze połatane spodnie, czy jakąś bluzę z łatami. Kto miał buty, to szedł do kościoła w butach, a kto nie, to na bosaka się szło.
Jedyny sklep w Sztumskiej Wsi miał pan Antoni Pietrzykowski, który zginął śmiercią tragiczną koło cegielni w Nowej Wsi, kiedy wracał motorem z Kwidzyna. Oprócz niego zginął jeszcze porucznik KBW, który razem z nim jechał tym motorem. Wracałem z Kwidzyna z mamą i nadjechałem akurat na ten wypadek. Miałem wtedy motor marki SHL. Antoni Pietrzykowski prowadził sklep wielobranżowy, w którym można było kupić uprzęże dla koni, różne wyroby metalowe, artykuły monopolowe, żywność. To był jedyny sklep we wsi, ale potężny, wszystko w nim można było dostać i nie trzeba było jeździć do Sztumu.
Do szkoły w Sztumskiej Wsi uczęszczałem od trzeciej klasy, wcześniej chodziłem do szkoły w Nowej Wsi. Większość uczniów mówiła w połowie po polsku i po niemiecku. To była taka łamana polszczyzna. Ja na przykład potrafię do dziś każdą liczbę powiedzieć po niemiecku. Jak dyżurny zostawał w klasie na przerwie, to nam na tablicy pisał, no i złapałem trochę tego języka. Były też takie gwarowe nazwy jak: majsel, czy klapceng (cążki). Kierownikiem szkoły był pan Szczepański, który pochodził z Kaszub. Operował piękną polszczyzną
i gonił mocno do nauki, także tutejszym mieszkańcom było ciężko. Nauczyciele byli wymagający. Dzień nieobecny w szkole, to nauczyciel od razu rodzica wołał i pytał dlaczego dziecka nie było.
Spośród mieszkańców Sztumskiej Wsi do Niemiec wyjechał stolarz Basner, wyjechał również Gawroński, Szreiber oraz Szypkowscy. Z synem i dwiema córkami Szypkowskich chodziłem do szkoły. Jednym z kolegów ze szkoły był Bolesław Furman, który później służył w wojsku w stopniu pułkownika, a że miał pochodzenie niemieckie, to po przejściu na emeryturę również wyjechał do Niemiec.
Nie istnieje już dom, w którym mieszkał niejaki Kudełko - to było też ładne gospodarstwo. Nawet uczestniczyłem w pogrzebie Kudełki, bo takie miał życzenie. Przyjaźnił się z moim ojcem i mówił do ojca: Krupa, ty masz pięciu synów, chciałbym, żeby oni nieśli moją trumnę na cmentarz. Miał takie życzenie i tak też się stało. W oborze u Kudełki to nawet sam instalację elektryczną zakładałem.
Po wojnie w jednym z gospodarstw zachowała się potężna stajnia i ogromna stodoła, to mieszkańcy do lasu nie chodzili po drzewo, bo każdy radia słuchał i mówili, że i tak wojna będzie, no to te dechy ze stodoły odrywali do palenia.
Stacji nie było w Sztumskiej Wsi. Jak była odbudowa Warszawy i stawiano Nową Hutę, mój tata pracował w cegielni w Nowej Wsi i ciągnikiem się woziło cegłę przez Sztumską Wieś, przez krzyżówki do Ryjewa. 4-5 wagonów trzeba było cegłą załadować, nie raz do pierwszej w nocy. W późniejszych latach powstała bocznica w Sztumskiej Wsi i cegła tam szła z cegielni.
Po wojnie cały Sztum, rynek, tam gdzie pomnik stał – wszystko było w gruzach. Jedynie na rogu, gdzie się do kościoła idzie, tam, gdzie była centrala rybna stał budynek i naprzeciwko dzisiejszej apteki Św. Anny był jeszcze budynek. Na początku lat 50 w miejscu, gdzie obecnie znajduje się sklep Trybańskiego, były kompletne ruiny i jak zginął w wypadku na Mątkach taksówkarz Wójcik, to jego samochód Warszawa - garbus stał pod tymi gruzami, żeby odstraszać kierowców.
GERTRUDA PRZYTUŁA
Urodziłam się 24 grudnia 1935 roku w Dąbrówce koło Mikołajek. W Sztumskiej Wsi mieszkam od trzydziestu lat, wcześniej mieszkałam w Mleczewie w gminie Stary Targ. Mój ojciec był kowalem w Mleczewie. Pełnił tam również funkcję magazyniera i brygadzisty. Do szkoły chodziłam w Starym Targu. Gdy ją ukończyłam to poszłam do pracy w pegeerze w Mleczewie. Mówiono wtedy, że taka dziewczyna to już może iść do pracy, może na przykład zbierać ziemniaki. W wieku 18 lat złożyłam wypowiedzenie z pegeeru w Mleczewie, ponieważ chciałam się uczyć. Kierownik podpisał mi to zwolnienie i wyjechałam do Bielawy, gdzie skończyłam Szkołę Przysposobienia Zawodowego. Jestem z zawodu prządką.
Po czterech latach wróciłam na Pomorze i przez 1,5 roku mieszkałam w Stogach. Następnie znajomi przekazali mi informację, że w Sztumskiej Wsi jest wolne miejsce i postanowiłam się tu przenieść. Zajęliśmy mieszkanie w pegeerze w Sztumskiej Wsi. Tutaj wyszłam za mąż i zajmowałam się domem. Dyrektorem gospodarstwa był wtedy pan Baczyński, który mieszkał w pałacu. Od kilku lat pałac i gospodarstwo należą do właściciela z Niemiec. W pegeerze była stadnina koni. Przychodzili tam do pracy więźniowie ze sztumskiego więzienia. Podobno w jednym z silosów znajdujących się niedaleko obory podpisał się sam Gomułka, który odsiadywał wyrok w Sztumie. Z innymi kobietami pracowałyśmy u gospodarzy przy burakach, chodziłyśmy również do lasu na jagody. Spotykałyśmy się także przy kawie i herbacie na zebraniach Koła Gospodyń Wiejskich, które odbywały się w szkole. W tych spotkaniach uczestniczyło około dwudziestu kobiet, a prowadzeniem koła zajmowała się sklepowa Łaszewska.
Sołectwo Pietrzwałd
ELŻBIETA ROCŁAWSKA I RITA LANGOWSKA.
Dziadek Paul Woywod kupił gospodarstwo w Pietrzwałdzie w 1919 roku. Nasza babcia Maria znała język polski. Wcześniej dziadek mieszkał w Borowym Młynie i pracował tam jako pomocnik młynarza. Jak miał iść na I wojnę światową, to ten dom w Borowym Młynie sprzedał. Bardzo lubił palić fajkę i nasza matka opowiadała, że jak był na wojnie w okopach, to pewnego razu odszedł od reszty żołnierzy trochę na bok, bo chciał napchać sobie tę fajkę. Po chwili rozpoczęło się bombardowanie i wszyscy żołnierze zginęli oprócz dziadka. Jak dziadek był na wojnie, to babcia zamieszkała w Mątowskich Pastwiskach i przebywała tam aż do momentu, kiedy dziadek wrócił i kupił gospodarstwo w Pietrzwałdzie. Razem z gospodarstwem kupił4 haziemi, później wziął w dzierżawę jeszcze6 hatzw. „księżych włók”. Te6 habyło trochę oddalonych od domu, znajdowały się za górą w stronę Kalwy. Jak dziadek uprawiał tamte grunty i była już pora obiadowa to babcia nieraz wywieszała jakieś flagi, żeby mu dać znać, że obiad jest gotowy. Wysyłała też czasami psa, żeby dziadek przyszedł na obiad.
Dziadek najpierw wybudował stodołę. To była duża stodoła z „wozówką”, w której stały piękne bryczki, na różne okazje. „Wozówka” miała osobne wrota. Stała tam duża bryczka ze skórą, ze specjalnym przykryciem. Był też zwykły wóz na takie codzienne wyjazdy. Z reguły u dziadka były 3-4 bryczki. Natomiast na drewnianych zasiekach były umocowane deski, a na nich była sieczka dla koni. Jak przyszło wojsko rosyjskie to żołnierze odrywali deski ze stodoły od strony „wozówki” i nimi palili, dlatego potem rodzice tę stodołę musieli skrócić. W 1963 roku była duża wichura, stodoła całkiem się zawaliła i postawili wtedy nową, mniejszą.
Dziadek miał piękne konie i bardzo je szanował. Jak jechał na to wydzierżawione od księdza pole, które było bardziej oddalone od domu, to nie siedział na wozie, tylko szedł pieszo, a ja za nim. Co tydzień chodził też na pieszo do Dzierzgonia na rynek. Dziadek miał trzy konie. Jak przyszli Rosjanie w 1945 roku, to zabrali te konie, ale one uciekały i wracały chyba ze trzy razy do domu w Pietrzwałdzie.
Dziadkowie mieli cztery krowy i bardzo dużo gęsi. Pamiętam, jak nasza babcia jeździła z masłem na rynek do Malborka. Szła najpierw drogą na stację kolejową do Mleczewa, a w koszu miała masło. Ten kosz zakładała sobie na plecy, albo trzymała go z boku i tak szła na rynek, a wracała pod wieczór.
Natomiast na górce stał młyn – wiatrak. Dziadek prowadził ten młyn, mełł zboże i w dzień i w nocy. Zależało to od pogody i wiatru. Mama mówiła, że jak był wiatr, to trzeba było nawet w nocy wstawać i wzruszyć wiatrak. Dziadek rozebrał ten pierwszy drewniany młyn chyba w 1938 roku.
Nasza mama wzięła ślub w 1938 roku. Ojciec Jerzy Macuga pochodził z Katowic i po plebiscycie na Śląsku przeniósł się do Prus Wschodnich. Tu poznał naszą matkę. Mama jechała pociągiem do Olsztyna do siostry i gdzieś w drodze się zapoznali. Po ślubie zamieszkali w Świętej Siekierce, obecnie Mamonowo. Ja się urodziłam w kwietniu 1939 roku, a we wrześniu ojciec już poszedł na wojnę. W tamtych czasach słynną aktorką była Rita Hayworth i ona bardzo się podobała naszemu ojcu, dlatego dał mi na imię Rita.
Jak ojca wzięli na wojnę to zamieszkaliśmy z mamą u dziadka w Pietrzwałdzie. Kiedy ojciec przyjeżdżał z wojska na urlop, to nie mówiłyśmy do niego „tato”, tylko na wujka. Ojciec się zawsze wtedy denerwował i mówił, że on jest naszym tatą, a nie wujek. Z wojny wrócił dopiero około 1949 roku.
Wojna była straszna. Pamiętam cofających się Niemców, jak stali przy transformatorze obok gospodarstwa dziadka i lornetkami wypatrywali, czy Rosjanie nie nadchodzą z gór od strony Starego Targu. Naszych dziadków Rosjanie zabili w domu, leżeli później w pokoju, a nam nie wolno było tam wejść. Potem zostali wyrzuceni przez okno i leżeli pod rynną.
Dookoła było pełno rosyjskiego wojska i samochodów, które cały czas miały włączone silniki. Dosłownie mieszkaliśmy razem z tym wojskiem. W pokoju było małe łóżeczko dziecinne i myśmy na zmianę w nim spali. W tym samym pokoju był piec kaflowy, Rosjanie mieli tam wodę i to wybuchło. Cały piec wyleciał w powietrze, było pełno gruzów. Po tym wypadku przyszedł jakiś wyższy oficer i wyznaczyli nam mały pokoik w innej części domu. Dawali nam jeść, widzę tę zupę do dziś - w talerzu było parę kartofli, woda i przypalona cebula. Pamiętam, że nam dawali to jeść, ale matce już nie. W gospodarstwie u Zdziennickiego jakoś się utrzymali cywile ze wsi, bo on znał język polski, a tutaj nie było nikogo, myśmy tutaj byli sami.
Później nas wywieźli do Sztumu. Siedzieliśmy na wozie, a matka musiała pchać konie, bo były tak słabe, że nie mogły podejść pod górę. Mieliśmy tylko pierzynę ze sobą, przykryliśmy sobie nią nogi. W Sztumie staliśmy cały dzień pod więzieniem. Tam było duże zbiorowisko cywilów. Pod wieczór wywieźli nas do Starego Targu do gospodarstwa Klingenbergów, gdzie też było duże zbiorowisko cywilów, pełno młodych ludzi, kobiet. Na polach leżało pełno pozabijanych koni. Jak się Rosjanie wycofali, to matka poszła do Pietrzwałdu zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Jak przyszła do wsi, to już pochowali wszystkich ludzi, bo w Pietrzwałdzie było bardzo dużo zabitych przez Rosjan. Dzień wcześniej pochowali także naszych dziadków.
Po powrocie ze Starego Targu mieszkaliśmy początkowo kątem u znajomych, bo nasza mama była sama z dziećmi, a w okolicy było niebezpiecznie. Nie było u nas żadnego mężczyzny, bo tata wrócił przecież z wojny dość późno. Jak przyszli tutaj ludzie z Kresów, pełno było napływowych ludzi, to było coś okropnego! W czasie akcji siewnej pijani jeździli wozami nocą w kierunku Kalwy, Szrop i do Żuławki. Myśmy wtedy w domu po ciemku siedzieli, bo bardzo się baliśmy. Oni często tu zajeżdżali, walili w drzwi i to, co tu jeszcze było, to nam pozabierali. Tak więc ta ludność napływowa nie pozostawiła po sobie dobrych wspomnień.
Po wojnie było bardzo ciężko. W sąsiedztwie mieszkała kobieta z dziećmi i się powiesiła, bo nie miała tym dzieciom co dać jeść. Jej mąż nie wrócił z wojny, a dzieci było dużo, w tym bliźnięta. Po śmierci sąsiadki, to jeszcze gorsza bieda w tamtej rodzinie się pojawiła. Najstarsza Jadwiga musiała zaopiekować się resztą rodzeństwa. Nasza mama jak piekła chleb to im też zanosiła.
Tuż po wojnie nasza mama miała tylko jednego konia, którego dostała z UNR-y. To był bardzo dziki koń i nie nadawał się do pracy w polu. Dostaliśmy też jakieś oleje, jakiś kawałek margaryny z przydziałów. Żeby cokolwiek zrobić na naszym polu to trzeba było drugiego konia pożyczyć. Były takie gospodarstwa, które dostały krowę i dwa konie. Maszyn też nie było, więc je też trzeba było pożyczyć od innych gospodarzy. Za to, że nam pożyczyli, to trzeba było odrobić. Tak więc w latach 50. chodziłyśmy często do pracy do bogatszych gospodarzy. Zawsze wołano na nas „Macugowe dziewczyny”. Po wojnie najlepiej się wiodło tym gospodarstwom, w których był jakiś mężczyzna. Największymi gospodarzami byli Beyer, Zdziennicki, Mówiński. Tam zostali mężczyźni, więc oni mogli się jakoś zorganizować i coś zasiać. Spośród dawnych mieszkańców Pietrzwałdu do Niemiec wyjechały rodziny Klingenbergów, Welków, Błażyńskich, Dobrowolskich, Broddów, Schulzów, Mówińskich, Kortblumów, Gawrońskich i Radtków.
Nasz ojciec późno wrócił z wojny, przebywał we wschodnich Niemczech. Mama też tam miała jechać, ale nie chciała zostawić ojcowizny. Ojciec całe życie był urzędnikiem. Skończył gdzieś polską szkołę, bardzo dobrze znał polski i pięknie drukiem pisał. Po powrocie został sołtysem, później w Sztumie był w Miejskiej Radzie Narodowej. Kierował gospodarką komunalną, w czasie akcji repatriacyjnej zajmował się przydzielaniem mieszkań.
W Pietrzwałdzie była szkoła czteroklasowa. W klasie były dwa rzędy ławek, jeden rząd dla pierwszej klasy, drugi dla drugiej, a później przychodziła klasa trzecia i czwarta i tak na zmianę nauczyciel uczył. Pierwszym nauczycielem był Alfons Potowski ze Sztumu. Zabili go przez pomyłkę podczas zabawy sylwestrowej i po jego śmierci przyszedł Stefan Lenzner. Ludzie z okolicy chcieli zemścić się na jednym z mieszkańców Pietrzwałdu, który podczas wojny czepiał się Polaków. Podczas zabawy zaczaili się i chcieli go wywołać z sali, jednak zamiast niego jako pierwszy wyszedł Potowski i został uderzony.
Jak poszłyśmy do pierwszej klasy to było nam bardzo ciężko, bo nie znałyśmy polskiego. Nasza matka nie znała języka polskiego i nigdy nie nauczyła się dobrze mówić po polsku. Najwięcej upokorzeń spotkało ją w urzędach, jak chodziła załatwiać różne sprawy. My do dzisiaj znamy dobrze język niemiecki, bo w dzieciństwie tak rozmawialiśmy. Dawniej w użyciu były na przykład takie zwroty jak: „treker” – traktor, „binder” – snopowiązałka, „fuchtel” – maszyna do oddzielania zboża, „aplinger” – żniwiarka, „balija” – wanna, „koder” – szmata, ścierka. Potem to się człowiek już wstydził mówić takie słówka...
WŁADYSŁAWA SADOWSKA
W Pietrzwałdzie mieszkam od 1958 roku. Zadziwiły mnie tutejsze zwyczaje noworoczne. Dla mnie to było coś dziwnego, wcześniej tego nie znałam. W sylwestra przed północą wszystkich mężczyzn jakby wymiotło, a oni poszli psocić! To klamki czymś wymazali, to na oknach wypisywali „Witamy Nowy Rok”, „Żegnamy Stary Rok”. Wyprowadzali też z gospodarstw sprzęt, wóz, albo jakieś narzędzia wynosili. Potrafili wejść na jakąś szopę i tam to postawić. Rano gospodarz wstawał, patrzył, a tam jego wóz, czy taczka stoi na dachu! Kupa śmiechu z tego była. Na przykład pan Suświłło trafił tu z Wilna i nie znał tych zwyczajów. Mieszkał tu dopiero od dwóch-trzech lat i w sylwestra patrzył przez okno, a tu kilka osób leci z jego wozem. Wybiegł na bosaka w kalesonach, biegł po tym śniegu i krzyczał. Na bagnie w Pietrzwałdzie był lód i wyprowadzili mu ten wóz na lód i tam zostawili. A tu po prostu takie były zwyczaje.
Dawniej na zabawach w Pietrzwałdzie przygrywali Oskar Jedwabny (akordeon), Stanisław Brodda (skrzypce), Jan Adolf Brodda (klarnet, trąbka) oraz Jerzy Rabe. Oskar Jedwabny wyjechał 37 lat temu do Niemiec, a Stanisław Brodda prowadził także chór kościelny. Potańcówki odbywały się w prywatnych domach u rodzin Borków, Dobrowolskich, Kosmowskich i Guzów. Pani Broddowa piekła duże, puszyste pączki, nie mieściły się w ustach.
Na przełomie lat 50. i 60. z Postolina trzeba było księdza Przeperskiego wozić do Pietrzwałdu. Pamiętam, że pan Albin Redmer dwa razy w miesiącu przywoził go dokartem. To był taki rodzaj dwukółki nazywanej też „hopskarą”. A w pozostałym czasie chodziło się do kościoła w Kalwie”.
Sołectwo Gościszewo
ROCH KIEŁKOWSKI
Urodziłem się 8 sierpnia 1929 roku w Brąchnówku koło Chełmży. Moimi rodzicami byli Adam i Helena z domu Dąbrowska. Tata był zarządcą majątku u państwa Czarlińskich, a mama pokojówką. Pół roku po moim urodzeniu tata zmarł. Mama została wdową. Ja i moja starsza siostra wychowywaliśmy się u dziadków Dąbrowskich we wsi Gierszówka koło Kowalewa Pomorskiego. Gdy wybuchła II wojna światowa mama, dwie siostry i ja znaleźliśmy się w lagrze Grudziądz. Z obozu Niemcy wybierali do pracy na gospodarstwie Polaków. Pewna Niemka ze wsi Owinka koło Świecia wybrała mamę do pracy na roli. Najmłodsza siostra została przy mamie. Nas znowu wzięli dziadkowie.
Po zakończeniu wojny mama dostała gospodarstwo na spółkę z dwiema wdowami w Owinku i z siostrą zamieszkaliśmy z mamą. Pracowałem najpierw na gospodarstwie, a gdy powstała Służba Polsce krótko byłem w Owinku, a następnie przewieziono nas do Jęzor koło Mysłowic przez trzy miesiące pracowałem przy budowie magistrali piaskowej.
W 1951 poszedłem do wojska służyłem 43 pułku piechoty zmechanizowanej w Stargardzie Szczecińskim. Po osiemnastu miesiącach służby wojskowej przeszedłem do rezerwy. W Malborku mieszkała siostra mamy ciocia Rabażyńska. Usłyszała na rynku, że ktoś mówił o Kiełkowskich. Zainteresowała się tym nazwiskiem i zapytała o szczegóły tamtych ludzi z rynku. Moja siostra zatelefonowała do mnie z informacją, że mamy rodzinę w Gościszewie. Postanowiłem przyjechać i to sprawdzić. Bracia ojca, a było ich pięciu, w czasie wojny spod Lipna przywiezieni zostali na roboty przymusowe do powiatu sztumskiego. I tu po upatrzeniu gospodarstw w Gościszewie zdecydowali się osiedlić. Od 1952 roku też tu zamieszkałem, poznałem również moją żonę Elfrydę, która z Kiełkowskimi jeszcze w czasie wojny znalazła się na robotach przymusowych. Była sierotą i została przez jednego wujka adoptowana. Po wojnie otrzymali w Gościszewie gospodarstwo z Państwowego Urzędu Ziemskiego o powierzchni 13,8 ha. Nie chciałem pracować na roli. Pracę znalazłem na kolei. Najpierw krótko pracowałem w Sztumie, a od 1954 roku w Malborku przez następnych 35 lat do przejścia na emeryturę. Tu, gdzie dziś mieszkamy wcześniej był stary domek i 1,12 hektara ziemi. Liczono to jako gospodarstwo rolne i płaciłem za nie podatek. Za to żona potem dostała rolniczą emeryturę, ja mam kolejową.
Pamiętam, jak z bocznicy kolejowej w Gościszewie odsyłano do zakładu przemysłu spirytusowego w Starogardzie beczki z półproduktami z miejscowej gorzelni należącej do PGR Koniecwałd. Z kolei na Węgrach po wojnie funkcjonowała cegielnia, ale później przekształcono ją w zakład utylizacji wyrabiający mączkę z kości zwierzęcych. Popularnie określaliśmy ten zakład mianem „kościarnia”.
Aktywny byłem na niwie społecznej, w sporcie i straży pożarnej. Do działaczy sportowych zaliczali się też Bogdan Czarnecki, kolega Cichocki, Wiesław Bartkowski, Grzegorz Altenhof. Dla drużyny piłki nożnej LZS Gościszewo w pierwszych latach istnienia stroje załatwiał B. Czarnecki, etatowy pracownik sportu w urzędzie powiatowym w Sztumie. Kółko Rolnicze dawało na wyjazdy ciągnik, albo autobus ze Sztumu załatwiał Cichocki. Na początku nie mieliśmy szatni, przy boisku stał drewniany wiatrak ( koźlak), gdzie zawodnicy przebierali się na mecze. Potem społecznie postawiliśmy murowaną szatnię. Osoba bardzo zaangażowaną w budowę szatni był murarz Stanisław Szewczyk. Boisko zostało przygotowane przez gminę. Do czołowych piłkarzy należeli bracia Piątkowie, Bogdan Janiec, Piekarski, Jesionowski, Kusz, Eugeniusz Barambas i Jerzy Barambas. Szczególnie zapamiętałem mecz Pucharu Polski z Czarnymi Pruszcz Gdański z lat siedemdziesiątych, nasza drużyna nazywała się już wtedy Ruch Gościszewo. Przegrał 0-1.
Na początku działalności nasza Straż posiadała konny wóz bojowy, który obecnie znajduje się w Ryjewie. Konie do tego wozu były ubezpieczone i utrzymywane były przez Tadeusza Kiełkowskiego. Leon Reimus jeździł rowerem i grał na trąbce alarmując o pożarze. Komendantami Ochotniczej Straży Pożarnej w Gościszewie byli Wudarczyk, Antoni Rachański, Stanisław Ozimek. Ten ostatni szczególnie zasłużył się dla naszej straży. Zmarł kilka lat temu, a jego pogrzeb był dużym wydarzeniem dla naszej społeczności. Był uroczysty pochód na cmentarz z przewiezieniem trumny na lawecie.
JÓZEF MAZURKIEWICZ
Urodziłem się 14 grudnia 1930 roku w Pańskiej Dolinie na Wołyniu, skąd zostałem wysiedlony. W 1945 roku trafiłem do Malborka, mieszkaliśmy tam dwa lata. Zimą 1947 roku objęliśmy w Gościszewie gospodarstwo o powierzchni 9 ha przydzielone przez Państwowy Urząd Repatriacyjny. Pierwsze Boże Narodzenie w nowym miejscu było bardzo skromne, a w kolejnych latach żyło się też ciężko.
W połowie lat pięćdziesiątych pracowałem przez jakiś czas w Cegielni na Węgrach. Majstrem był Ryszard Niemczyk z Uśnic. W cegielni był jeden ogromny piec, w którym wypalano czerwone cegły. Palaczem był Stefan Dutko Wereńczuk, pochodzący z Pińska na Białorusi. W celu pozyskania gliny wycinano kawał lasu i robiono wykopy, które nazywano gliniankami. Wydobytą glinę umieszczano na wagoniki ciągnięte przez konia do cegielni. Konia prowadził robotnik Dziuk. Cegły do wypalenia były układane naprzemiennie warstwami, tak że pomiędzy nimi zostawały przeloty umożliwiające wypalenie. Początkowo wywoziłem wypalone cegły z pieca. W celu wyjęcia cegieł nieraz trzeba było podchodzić bardzo blisko pieca i ognia, a mieliśmy tylko rękawice. Nie było specjalnych ubrań ochronnych. Z reguły wyjmowaliśmy po cztery cegły na raz i ładowaliśmy je do wózków, które wypychaliśmy na plac. Tam wyładowywaliśmy cegły i układaliśmy je w słupki. Popędzano nas, ponieważ trzeba było wykonać normę dzienną. Później zostałem przeniesiony do transportu i ładowałem cegłę na przyczepy, które traktor zawoził na stację kolejową w Gościszewie skąd wagonami były wysyłane dalej. Dziennie załadowywaliśmy około pięciu przyczep. Razem ze mną pracowali wtedy Arkadiusz Kacprowicz i Bolesław Myk. Pamiętam, że w zakładzie pracowało wielu ludzi z Uśnic. Praca przy transporcie była lżejsza, bo nie odczuwało się już takiego gorąca i nie było tyle kurzu jak w środku cegielni.
Około 1955 roku zostałem sołtysem w Gościszewie i pełniłem tę funkcję przez cztery lata. We władzach gminy Gościszewo byli wtedy pan Żmurko jako wójt i pan Ostrowski, który był radnym. Przewodniczący gminy pan Sitko mieszkał w pałacyku Bibera, dawnego właściciela majątku Goraj. Kiedyś w Gościszewie działała poczta i było trzech listonoszy. Jak oni szli na urlop, to kierownik poczty Joskowski brał mnie na zastępstwo. Listy i gazety rozwoziłem rowerem, a zimą koniem i saniami. Z dawnych mieszkańców Gościszewa pamiętam Kurta Kleina, kierownika Gminnego Ośrodka Maszynowego, który po roku 1970 wyjechał do Niemiec Zachodnich. W Gościszewie działał drewniany wiatrak mielono w nim mąkę. Stał on na działce Wacława Rachańskiego.
Sołectwo Barlewice
ALICJA LUBELSKA-RADZISZEWSKA
Pochodzę ze wsi Babieniec w parafii Reszel, która leży na granicy Warmii i Mazur. Przed przybyciem do Sztumu pracowałam w Biskupcu Reszelskim, gdzie miałam własnościowe mieszkanie. Gdy na początku lat 80. nadszedł kryzys i na półkach sklepowych stał tylko ocet stwierdziłam, że nie będę mieszkać w mieście i nie będę zależna od wszystkich innych okoliczności. Uznałam, że muszę mieć własny kawałek ziemi, własną kurę, własny piec do pieczenia chleba, tudzież warzywa i tego typu rzeczy. No i ruszyłam w Polskę, żeby czegoś poszukać.
Moje pierwsze kroki skierowałam do Sztumu. Przyjechałam tu jesienią 1983 roku. Akurat wówczas kończyłam studia na warszawskiej SGPiS. W Sztumie zaszłam do PSS-ów, ponieważ była to pierwsza firma, której tabliczka rzuciła mi się w oczy. Okazało się, że w PSS potrzebowali kogoś i mnie zatrudniono. Najpierw zamieszkałam na stancji, potem szukałam czegoś dla siebie. Planowałam sprzedać własnościowe mieszkanie w Biskupcu i znaleźć coś tutaj. Nie znałam tych okolic, więc opierałam się tylko na mapie. Poszłam do urzędu i powiedziałam, że chciałabym coś kupić. Chciałam albo kawałek ziemi, albo coś do remontu. Zależało mi na tym, aby do Sztumu było niedaleko. W końcu po jakimś czasie urzędniczka powiedziała mi, że w Barlewicach jest pustostan pozostający pod opieką konserwatora. Rozebrać tego na pewno nie będzie można, ale można remontować. Pomyślałam, że to obejrzę. To była totalna rudera. Podłoga również była wyrwana, a pod nią wykopany dół, w którym mogła się zmieścić duża skrzynia, więc może wcześniej coś się pod nią kryło. Drzwi zewnętrzne się zachowały. Prawdopodobnie były też piękne piece z koronami, ale wiem to tylko z opowieści jednej pani. Wszystko było już jednak porozbierane. Budynku od szosy nie było widać, ponieważ wokół rosło mnóstwo łopianów i dzikich bzów.
Na wiosnę wycięliśmy krzaki, a potem zdjęłam dach i wtedy zapłaciłam mandat za bałagan na posesji. Gdy pojechałam do konserwatora w Elblągu, do pani Hoffman, okazało się, że dworek nie jest umieszczony w rejestrze i dopiero wtedy go wpisali. Pytałam, kto tu może mi zrobić niezbędną dokumentację, bo potrzebowałam kosztorysów dla konserwatorów. Polecono mi ś.p. Jerzego Ossowskiego, który był budowlańcem w PGKiM. Bardzo mi pomógł w tej kwestii, bo zapłacić za kosztorysy nie miałabym wtedy z czego. Ponadto przejął nadzór budowlany, za który też nie żądał pieniędzy. Trzeba było zrobić rekultywację terenu. Na miejscu dzisiejszego placu stała prawdopodobnie duża stajnia. Kiedy tu przyszłam to leżała już w gruzach i należało wszystko zniwelować. Pomógł mi też dobry zbieg okoliczności, ponieważ akurat pod tutejszą piekarnią zrobiono dość duży wykop, ale z uzyskaną ziemią nie bardzo mieli co zrobić. W związku z tym od razu napisałam program o rekultywację. Zrównałam teren nawiezioną ziemią i ją obsiałam. Od tego zaczęła się jakaś pierwsza dotacja. Najpierw mi sprzedano samą ziemię bez drzew, później same drzewa, ostatecznie stwierdzili, że parku nie można sprzedać ze względu na szambo, którego nie można odciąć. Teraz park dzierżawię.
Remont budynku odbywał się dużymi etapami. Najpierw zobaczyłam, że u góry jeden pokój jest w miarę możliwy, więc tam zamieszkaliśmy. W kolejnym pokoju koleżanka przyjechała mi pomóc umyć podłogę, bo tam było błoto. Mąż nosił wiadra wody z pompy, bo wody nie było w budynku. Tynki były zbite co do centymetra. Okna były dorabiane pod wzór. Są to drewniane okna typu skrzyniowego z rzeźbionymi detalami.
Relacje sąsiedzkie były wspaniałe, nie było problemu z pożyczeniem ciągnika, czy na początku wręcz motyki, albo siekiery. Niedaleko mieszkali państwo Paweł i Anna Lewko oraz państwo Zdziennicy. Byli jak rodzina. Martwiłam się na przykład, że ogródek trzeba było zaorać. Rano wstałam, a ogródek był już zaorany! Samochód mi się zepsuł, poszłam do sąsiada, pożyczał mi samochód bez problemu. Serdeczności było wiele. Mimo ciężkich czasów ludzie sobie pomagali. Przy remoncie dachu zamówiłam w hurtowni GS-u metalowe pręty. Zadzwoniłam do dyrektora, a wcale nie znałam go osobiście, powiedziałam jaki mam problem i on zamieni pręty jakie potrzebowałam. To wszystko szło, jakbym była zaczarowana.
Jak się zaczęły zmiany ustrojowe po 1989 czasami sąsiedzi mówili: „Pani Lubelska, pani tutaj robi, a przyjadą Niemcy i zabiorą”. Jak już mniej więcej całość ogarnęłam, to niektórzy sąsiedzi wręcz mi mówili z żalem: „Czemu myśmy tego nie wzięli?”. Oczywiście na początku wątpili w powodzenie moich działań i mówili: „Jak ona tu rok wytrzyma, to będzie dobrze”. A ja na te uwagi się uśmiechałam i robiłam swoje. Na początku tylko walczyłam z nazwą, ponieważ tutejsi mieszkańcy używali nazwy „Pałac” i jak się u nich pojawiałam na podwórku, to mówili „Ta pani z Pałacu przyszła”. Drażniło mnie to, ale mieszkałam już tutaj trochę, więc wiedziałam, że z ludźmi się nie walczy i trzeba się było do nich dostosować, bo to przecież ja byłam ta przyjezdna. W związku z tym jak nadawałam nazwę postanowiłam zostawić określenie „Pałac” i tak powstała „Pałacowa”.
Na początku myślałam o jakiejś formie mieszkaniowej. Na dole mąż miał otworzyć warsztat samochodowy, był nawet kanał i wjazd, ale jakoś nie wyszło. Po latach się dowiedziałam, że byłam jedynym agentem w PSS-ach, który spłacił długi. Wtedy wpadłam na pomysł otwarcia restauracji. Oczywiście należało pomyśleć, jak zdobyć pieniądze. Dysponowałam pomieszczeniami, wtedy też kleiłam sama podłogę, która miała wytrzymać pięć lat, a przetrwała do dzisiaj. Potrzebowałam kredytu na stoły, krzesła i tego typu rzeczy. W banku powiedziałam, że chcę otworzyć restaurację. „A jak pani nie wyjdzie?”. Odpowiadałam, że jak nie wyjdzie, to przyjdę do nich po kolejny kredyt, żeby otworzyć hotel. Wezmę wówczas większy niż poprzedni, spłacę go i otworzę hotel. A jak i hotel pani nie wyjdzie? Jak hotel mi nie wyjdzie, to przyjdę do was po trzeci kredyt, znów trochę większy od tamtego, spłacę ten hotelowy i wybuduję sobie dom. A jak i to pani nie wyjdzie? To wtedy jeden budynek weźmiecie wy i jeden ja.
Nie wiem, jak mi zaufali. Zajechałam do banku, a tam mówią, że pan dyrektor właśnie pojechał do Malborka, właśnie wyszedł na przystanek. Podjechałam pod przystanek i zaproponowałam, że go podwiozę, ale najpierw zabrałam go do Barlewic, żeby mógł na własne oczy zobaczyć to miejsce. Kupiłam używany sprzęt i przywiozłam tutaj fachowca od zamrażarki. Przyjechał i ją podłączył, dopuścił freonu i powiedział, że powinno chodzić. Za jakieś trzy dni zauważyłam, że zamrażarka nie trzyma temperatury. Pojechałam do niego, a tam stało kilku facetów. Jak weszłam, to on mówi do tamtych: „O widzicie, to ta kobieta! Na głowę upadła! Na wsi restaurację otwiera! Zwariowała!” Odpowiedziałam, że najwyżej to ja zbankrutuję, a nie on, ale teraz jedziemy, bo ta zamrażarka nie działa. Wcześniej bardzo chwalił komunę: „Brałem zwolnienia, w pracy mi płacili, materiału się nakradło, na materiał nie musiałem wydawać. Robiłem fuchę, za materiał mi płacili, za robotę mi płacili, można było żyć!”. Przywiozłam go i powiedziałam, że to ma działać, że to już nie jest komuna. Ja z własnych pieniędzy płacę i to nie będzie tak, że będę go wozić tu co dwa dni. Zrobił i chodziło. Potem byliśmy przyjaciółmi.
Otwarcie restauracji nastąpiło w kwietniu 1992 roku i trwało trzy dni. Pierwszy dzień był dla urzędów i banków. Należało przecież pokazać, co się zrobiło. Drugiego dnia byli przyjaciele, znajomi, trochę rodziny. Zastanawiałam się jak tu ludzi ściągnąć i zainteresować. Pierwszym moim pomysłem były kabarety. Trzeba było jednak wyłożyć dużą gotówkę i nie wiadomo było, czy ktoś przyjdzie. Poza tym początek lat 90. to już nie był dobry czas na kabarety, bo z czego tu się teraz było śmiać?
Mój brat był profesorem na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Miał wielu kolegów w tym środowisku. Zaproponował mu, żebyśmy zrobili plener malarski. Poszłam do urzędów oraz burmistrza i tak zaczęliśmy tu działać. Pierwszy plener odbył się w 1994 roku. Potem co roku odbywały się te plenery, oczywiście przy współudziale gminy i centrum kultury. To jest olbrzymi koszt. Materiały trzeba zabezpieczyć artystom i spanie. Oficjalnie dawałam nocleg, na jedzenie zbieraliśmy sponsorów. Urząd się dokładał trochę do jedzenia. Oprócz tego były rzeczy niepisane w całej kalkulacji, takie jak choćby całodobowa opieka, itp. Restauracja była czynna do godziny drugiej w nocy. Spałam po dwie godziny na dobę, albo wcale. Maluchem zapalanym „na kij” albo na „zapych” odwoziłam pracownice. Rano trzeba było zawieźć dzieci do przedszkola i do szkoły, a w południe znowu zająć się restauracją. Papiery, rozliczenia ZUS-owskie i do Urzędu Skarbowego, robiłam sama w nocy.
Pamiętam, że jedni z pierwszych klientów zostawili mi pewną książkę. Nie pamiętam już jej tytułu, ale na pewno to dotyczyło Czechosłowacji. Książka opowiadała o jednej parze, która również, tak jak my, ratowała domek i opisywała dokładnie jakie problemy z tym związane przechodzili. Cały czas się czułam doceniona, mam całą książkę różnych dyplomów, podziękowań i listów polecających, miałam stypendium od Ministra Kultury, zdobywałam różne nagrody. Dyplomy i uznanie władz są oczywiście ważne, ale najmilsze słowa usłyszałam od jednego z mieszkańców. Jak byłam sołtysem ś.p. pan Lewko przyszedł zapłacić podatek. Miał już wówczas prawie sto lat i powiedział: „Sąsiadka powinna pieniądze wydać na ulotki, na reklamę i powinna iść do sejmu. Właśnie pani powinna pójść w politykę, bo jak pani przyjechała na ten teren i pierwsza zaczęła robić porządki wokół domu i zaczęła krzyczeć, żeby w parku nie było śmieci, to każdy koło domu zaczął porządkować. Jak pani zrobiła łazienkę, to my też zrobiliśmy. Myśmy za panią szli! Pani tu była nowa, ale myśmy panią podglądali i za panią szła cała wieś. Dlatego tacy ludzie powinni być w sejmie, a nie tacy co nic nie potrafią”.
Uważam te słowa usłyszane od starszej osoby za największy sukces mojego życia. Latem 2012 r. nad Barlewicami przeszła trąba powietrzna. Trąba przyszła od strony dawnego pegeeru i gdyby szła prosto, to by nas zmiotła dokładnie. Mieliśmy troszeczkę szczęścia, bo tornado nas ominęło i za nami, dosłownie po szosie, przeszło do Pietrzwałdu. Trąba przeszła około 20-30 metrówod naszego domku znajdującego się za dworkiem. Byłam akurat wtedy w tym domku. Spojrzałam za okno, najpierw była burza, potem pokazało się na chwilę słońce i następnie słyszałam jakby ktoś ryżem rytmicznie siał po dachu. Myślałam, że to grad. Przed nadejściem burzy pozamykałam zwierzaki, zabezpieczyłam obejście i piłam herbatę. Siedziałam przy oknie i spojrzałam na staw. Na stawie też był widoczny ten efekt rytmicznego opadu. Wychyliłam się trochę i zobaczyłam jak nadchodzi trąba. Przeżegnałam się i pomyślałam, że odejdę chociaż od tego dużego okna, bo na jakąkolwiek ucieczkę nie było już czasu. Zrobiłam dwa, trzy kroki i to okno na mnie już leciało. Próbowałam je przytrzymać, zaparłam się, ale sunęło mną trochę po podłodze. Blachy, eternit i deski z dawnego pegeeru waliły w domek, ale nie wyrządziły poważnych uszkodzeń. Poodrywało dach, sufity były trochę popękane. Niedaleko stała olbrzymia topola, która została wyrwana z korzeniami. Drzewo było tak poskręcane, jakby ktoś wyrzynał bieliznę. Zerwane kable energetyczne leżały na drzewach w pobliskim lesie. W parku blachy również leżały na drzewach, niektóre były zdejmowane dopiero po miesiącu, bo poskręcane w liściach były niewidoczne. Ogromna sześciometrowa blacha wbiła się pionowo niedaleko dworku…
Moim ulubionym wierszem był kiedyś wiersz Gałczyńskiego ze słowami „Ocalić mój ślad od zapomnienia”. Cały czas się zastanawiałam na czym polega istota życia. To cały czas mi gdzieś tkwiło, żeby zostawić coś po sobie. Kupiłam przecież dworek zniszczony w 89%, taki zapis można znaleźć w dokumentach konserwatora. Jak tu stanęłam, to od razu poczułam, że pod stopą to jest właśnie mój kawałek ziemi. Nigdy nie miałam wątpliwości. I od samego początku czuję się tu dobrze.
Sołectwo Zajezierze
GERTRUDA LUBOWIECKA
Mnie Polski nauczył mój mąż i jego rodzina: wspaniali, otwarci ludzie. Syna wychowałam po polsku i na Polaka. Ale nie ma dla mnie języka piękniejszego niż niemiecki, języka mojego dzieciństwa. Do moich małych prawnuczek mówię tylko po niemiecku.
Styczeń 1945. Zdyszany dziadek wpadł do domu. Musicie jechać - powiedział pakując do kuferka tylko rzeczy najpotrzebniejsze do przeżycia. Mimo świadomości, że Sowieci są już tak blisko, panował niewzruszony, niemiecki porządek. Trzeba było np. zanieść karteczkę nauczycielowi, że nie będzie się na lekcjach. Mieszkałam od kilku lat z dziadkami w Sztumie, gdzie chodziłam do szkoły. Tej samej, w której rano uczyli się chłopcy z Napoli. Zajmowała budynek obecnego ogólniaka. Pod pulpitami ławek zostawiali miłosne liściki do uczennic, które zaczynały lekcje później, gdy szkoła polityczna odchodziła z klas do innych zajęć.
Świat, który skończył się dla nich nagle, tamten mroźny styczeń, zapamiętałam jako spokojny i szczęśliwy. Gdzie katolicy żyli zgodnie z protestantami, Polacy z Niemcami.
Pojechałam z babcią na czołgu, który miał odwieźć nas i sąsiadki na dworzec do Tczewa. Cała droga pełna była ludzi, jechali, czym kto mógł. Tuż za nami w eleganckim samochodzie notariusz Blenkle. W jego domu po wojnie było przedszkole, a teraz znajduje się miejska biblioteka. Dalej, autobusami, cała szkoła polityczna: chłopcy, nauczyciele.
Porządku na dworcu w Tczewie pilnowali esesmani, było pełno ludzi, a każdy chciał dostać się do pociągu. Do ostatniego wpuszczano już tylko kobiety z dziećmi. I tym ostatnim jechałam z babcią. Do tego pociągu wsiadłam jako dziecko, a wysiadłam jako osoba dorosła. Babcia nie znała niczego poza Sztumem, drogą do Malborka i Koślinki. Całe życie nie ruszała się z miejsca. Opuszczenie domu to była prawdziwa tragedia, jak koniec świata. A tylu ludzi przez wojnę tego doznało.
Tamtym, nieogrzewanym pociągiem jechałyśmy aż osiem dni. Włosy i ubrania przymarzały do szyb. Ci, którzy mieli jeszcze jedzenie dzielili się z innymi. Jakaś matka wyrzuciła przez okno martwe niemowlę.
Nigdy nie przekroczyłyśmy Odry. Postanowiłyśmy wrócić do Sztumu. Przeszłyśmy około 400 kilometrów. Było ciężko, bo wojna jest okrutna. Bo nie było, co jeść, bo po drodze zabrano nam płaszcze i tych kilka cennych przedmiotów, które ze sobą miałyśmy. Wszędzie dookoła była już Armia Czerwona. Kiedy wszyscy Niemcy, którzy jeszcze mogli uciekali dalej na Zachód, my postanowiłyśmy iść pod prąd.
Nasz dom był w Sztumie, a dom to jest podstawa, to są korzenie. Dom przyciąga i dodaje siły, pozwala przetrwać sztormy. Jakie to było głupie, jakie naiwne z naszej strony: wierzyłyśmy, że w domu nic się nie zmieni, że będzie trwał. Kiedy po raz pierwszy pomyślałyśmy, że się mylimy, że nie wracamy do „tamtego Sztumu”? Może na widok zrujnowanego zamku w Malborku. Może na drodze do Gościszewa, usianej meblami, obrusami, pościelą i różnorodnym sprzętem.
Kiedy wyczerpane długą drogą i przeżyciami dotarłyśmy do Zajezierza dom stał, jak kilka miesięcy temu, kiedy go opuszczałyśmy. Ale nie było w nim miejsca. Z babcią musiałyśmy zamieszkać w stodole. Dom pełen był ludzi. Byli tu mieszkańcy zrównanych z ziemią domów na rynku. Ale nie tylko, jeden pokój zajmowała młoda Litwinka z dzieckiem. W innym zamieszkała Niemka, która związała się z sowieckim oficerem, mówiła, że lepiej tak, niż być dla wszystkich. Dla tej kobiety Rosjanie przyprowadzili tu krowę i dzięki temu miały mleko.
Z czasem wszyscy ci ludzie opuścili dom. Dziadek postanowił, że przyjmą polskie obywatelstwo i zostaną. Tutaj mieszkali od zawsze, najpierw w „starym Sztumie” na Peter Mogge Strasse (dzisiejsza ul. Osińskiego), potem w wybudowanym przez dziadka domu na Zajezierzu. To było ich miejsce na ziemi.
Trzeba było iść do szkoły, a ja nie bardzo chciałam. Zupełnie nie znałam polskiego, bałam się. Ale dziadek powiedział mi wtedy: „Tutaj mogą przyjść inni: Chińczycy, Japończycy, ale jedno się nie zmieni uczyć się trzeba”. Niepotrzebnie bałam się szkoły. Tamten okres wspominam jako wspaniały. Między nami, dziećmi nie było nienawiści, dogadywaliśmy się na początku zupełnie bez słów. Jeśli ktoś ciągnął za warkocze to z sympatii. Na początku chodziło się do klasy mieszanej ludzie w różnym wieku uczyli się polskiego. Potem kwalifikowano nas do różnych klas, ja trafiłam do szóstej. Kiedy byłam w ósmej do szkoły trafił młody nauczyciel ze Lwowa Jerzy Feliks Lubowiecki. To była chyba miłość od pierwszego wejrzenia. Mama i rodzeństwo nie zrozumieli, dlaczego zostałam tu z dziadkami, dlaczego nie wracałam. Co ci się tam podoba, w tej Polsce? - pytali. Mówiłam wtedy, pół żartem, że mężczyźni, że nie ma na świecie drugich takich jak Polacy. Kiedy opowiadam o Polsce mówię „nasz kraj”, „u nas”.
Kim jestem? Czy czuję się Polką? To jest bardzo trudne pytanie. Mnie Polski nauczył mój mąż i jego rodzina: wspaniali, otwarci ludzie. Syna wychowałam po polsku i na Polaka. Ale nie ma dla mnie języka piękniejszego niż niemiecki, języka mojego dzieciństwa. Do moich małych prawnuczek mówię tylko po niemiecku. Brak mi w Polsce tej specyficznej mentalności, tego porządku. Na Parlecie były przed wojną piękne ścieżki spacerowe, pomosty, elegancka restauracja. A miasto było czyściutkie, zadbane. Tego teraz nie ma, matki nie zwracają uwagi dzieciom rzucającym papierki na chodnik. Ludzie plują na ulicę, do tego nie przyzwyczaję się nigdy.
![]() | ![]() | ![]() | ![]() | ![]() |
"Europejski Fundusz Rolny na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich: Europa inwestująca w obszary wiejskie."
Instytucja odpowiedzialna za treść: Urząd Miasta i Gminy w Sztumie.
Publikacja współfinansowana ze środków Unii Europejskiej w ramach działania 413 "Wdrażanie lokalnych strategii rozwoju" PROW na lata 2007-2013.
Instytucja Zarządzająca Programem Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2007-2013 – Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi.